Site icon Ostatnia Tawerna

Piekło w Nowym Jorku – recenzja komiksu „Amazing Spider-Man. Mroczna sieć”, t. 4

Gdy Ben Reilly jako Chasm i Madelyne Pryor – Królowa Goblinów – postanawiają sięgnąć po to, co uważają za swoje, Nowy Jork staje się polem bitwy opanowanym przez demony. Spider-Man musi zmierzyć się nie tylko z dawnym „bratem”, ale też z koszmarem rodem z Limbo, gdzie nawet jego najwięksi wrogowie przybierają nowe, piekielne formy.

Z deszczu pod rynnę

Fabuła najnowszego tomu Amazing Spider-Man, to jedna z tych historii, które na papierze brzmią jak gotowy hit – demoniczna inwazja, powrót wątku klonów i starcie Spider-Mana z własnym „bratem”. Rzeczywistość okazuje się jednak znacznie bardziej nierówna.

Punktem wyjścia dla opisywanych wydarzeń jest sojusz dwóch postaci naznaczonych przeszłością: Bena Reilly’ego (działającego jako Chasm) oraz Madelyne Pryor, królowej Limbo. Ich plan jest prosty – uderzyć w Nowy Jork, uwalniając demony i chaos, a przy okazji rozliczyć się z własnymi traumami. Problem w tym, że motywacje tej dwójki szybko zaczynają się rozmywać. Ben, pozbawiony wspomnień, funkcjonuje bardziej jako zagubiona, emocjonalnie rozchwiana wersja samego siebie niż pełnoprawny antagonista, a Madelyne – choć teoretycznie kluczowa – często znika na dalszym planie.

Sam atak na miasto ma w sobie spory potencjał wizualny i konceptualny. Limbo wdziera się do rzeczywistości, a Nowy Jork zostaje opanowany przez demony, które ożywiają przedmioty codziennego użytku. Ten motyw, balansujący gdzieś między horrorem a absurdem, potrafi być zarówno efektowny, jak i groteskowy. Sceny walki Spider-Mana z opętaną skrzynką pocztową czy gadającym skuterem nadają historii lekkości, ale jednocześnie… podkopują stawkę całego konfliktu.

W centrum wydarzeń stoi oczywiście nasz Pajączek, który tym razem trafia do samego Limbo. Tam fabuła skręca w jeszcze bardziej surrealistyczne rejony – Peter pracuje w demonicznej wersji Daily Bugle, mierzy się z pokręconą Złowieszczą Szóstką i… inspiruje jednego z demonów do zostania bohaterem o imieniu Rek-Rap (sic!). Ten segment historii pokazuje, jak bardzo scenarzysta próbuje łączyć mrok z humorem, choć efekt bywa co najmniej dyskusyjny. Równolegle na Ziemi trwa walka o Nowy Jork, w którą – przynajmniej teoretycznie – zaangażowani są również X-Men. W praktyce ich obecność okazuje się jednak marginalna, co jest jedną z największych wad tej opowieści. Konflikt zapowiadany jako szeroko zakrojone wydarzenie superhero sprowadza się do dość kameralnego starcia, w którym wiele wątków nie dostaje należytego rozwinięcia.

Fabuła próbuje też eksplorować dramat Bena Reilly’ego – jego utracone wspomnienia i wypaczoną tożsamość. To właśnie tutaj kryje się największy potencjał historii, ale zostaje on tylko częściowo wykorzystany. Zamiast pogłębionego portretu tragicznej postaci dostajemy raczej skrót myślowy: brak pamięci równa się przejście na stronę zła. W efekcie konflikt między Peterem a Benem, który mógłby być emocjonalnym sercem tomu, traci na sile.

Szaleństwo to moje drugie imię

Jeśli chodzi o kreskę, to bez wątpienia jeden z najmocniejszych elementów całego tomu i momentami wręcz ratuje go tam, gdzie fabuła zaczyna się chwiać. Największe wrażenie robi tu praca Eda McGuinnessa, który zdaje się być w absolutnym szczycie formy. Jego styl jest natychmiast rozpoznawalny – postacie są masywne, muskularne, niemal przerysowane, ale jednocześnie zachowują niezwykłą dynamikę. W przypadku Spider-Mana działa to zaskakująco dobrze – jego ruchy są płynne, akrobatyczne, a kadry pełne energii.

Ogromną rolę odgrywają też detale wizualne – sposób przedstawienia pajęczego zmysłu czy dynamiczne ujęcia uników i kontrataków sprawiają, że pojedynki, zwłaszcza starcie Pajęczaka z Chasmem, należą do najbardziej widowiskowych momentów tomu. Współpraca z Cliffem Rathburnem (tusze) i Marcio Menyzem (kolory) tylko wzmacnia ten efekt – kolory są intensywne, nasycone, często kontrastowe, idealnie oddające piekielny charakter wydarzeń. Nie sposób też pominąć wkładu Adama Kuberta, którego plansze – szczególnie w kontekście Venoma – przyciągają uwagę swoją ekspresją i detalem. Nawet jeśli sama interpretacja postaci może budzić wątpliwości fabularne, wizualnie Czarny Symbiont prezentuje się znakomicie: dziki, nieprzewidywalny i jednocześnie niezwykle efektowny.

Jeśli chodzi o projekty postaci, są one nierówne, ale zapadają w pamięć. Chasm w swojej ostatecznej formie przywodzi na myśl estetykę Spawna – mroczną, przesadzoną i nieco chaotyczną. Z kolei Rek-Rap to już czysty wizualny absurd: postać balansująca na granicy parodii, wyglądająca jak kreskówkowa wariacja na temat Spider-Mana, co dobrze wpisuje się w humorystyczny ton części historii. Całość uzupełniają drobne, często zabawne smaczki wizualne – jak choćby meta-żart z mangą – które pokazują, że twórcy nie boją się bawić formą i konwencją. Dzięki temu, nawet jeśli fabularnie Mroczna sieć bywa chaotyczna, od strony graficznej pozostaje widowiskiem, które trudno oderwać od oczu.

Może następnym razem będzie lepiej

Mam bardzo mieszane uczucia, co do czwartego tomu – to komiks, który jednocześnie potrafi bawić i frustrować, zachwycać wizualnie, ale rozczarowywać konstrukcją całej historii. Z jednej strony dostajemy solidną porcję rozrywki: dynamiczne starcia, absurdalny humor i kilka naprawdę zapadających w pamięć momentów – jak pobyt Petera w Limbo czy groteskowa wariacja na temat Złowieszczej Szóstki. W tych fragmentach komiks działa najlepiej, szczególnie gdy nie próbuje być na siłę poważny. Widać, że twórcy świadomie bawią się konwencją, puszczają oko do czytelnika i pozwalają historii być momentami zwyczajnie głupią, ale w tym pozytywnym, rozrywkowym sensie.

Z drugiej strony trudno uciec od wrażenia, że jako część większego wydarzenia jest zaskakująco niespójny i niepełny. Już sam fakt, że konieczne było dodanie początkowych i końcowych rozdziałów eventu, by nadać historii jakikolwiek sens, mówi wiele o jej konstrukcji. Zamiast pełnoprawnego, satysfakcjonującego rozdziału sagi dostajemy raczej poboczną opowieść – momentami efektowną, ale o ograniczonym znaczeniu dla całości.

Największym problemem pozostaje jednak sposób prowadzenia postaci, szczególnie Bena Reilly’ego. Jego przemiana i motywacje wydają się nie tylko uproszczone, ale wręcz nielogiczne, co rzutuje na wiarygodność całego konfliktu. Trudno zaangażować się emocjonalnie w historię, gdy jej fundamenty fabularne wydają się chwiejne, a decyzje bohaterów – sztuczne lub wymuszone. Nie pomaga też struktura narracji – przeskoki między wątkami, epizodyczność i przeciągnięty finał sprawiają, że tempo opowieści jest nierówne. Jedne elementy (jak walki czy wizualne pomysły) dostają sporo miejsca, inne (jak relacje między postaciami czy ich motywacje) zostają potraktowane po macoszemu. Nawet epilog, choć interesujący z perspektywy przyszłości uniwersum, sprawia wrażenie bardziej zapowiedzi niż realnego domknięcia historii.

A jednak, mimo tych wszystkich problemów, trudno całkowicie skreślić ten tom. Jest w nim pewna bezpretensjonalna frajda – wynikająca zarówno z efektownej oprawy graficznej, jak i z momentów czystego komiksowego szaleństwa. Postacie takie jak Rek-Rap czy przerysowane wersje demonów mogą irytować, ale równie łatwo zdobywają sympatię, jeśli zaakceptujemy konwencję tej historii. Ostatecznie Mroczna sieć to lektura, którą najlepiej traktować jako jednorazową, niezobowiązującą przygodę. Dla fanów Spider-Mana może być ciekawostką lub uzupełnieniem większego eventu, ale trudno uznać ją za istotny czy szczególnie udany rozdział w historii bohatera.

Nasza ocena: 7/10

To komiks, który oferuje sporo wizualnej i momentami fabularnej zabawy, ale równie często potyka się o własne ambicje i zostawia po sobie więcej pytań niż satysfakcji.

Fabuła: 6/10
Bohaterowie: 6/10
Oprawa graficzna: 8/10
Wydanie: 8/10
Exit mobile version