Peter Parker próbuje wrócić do normalności po ostatnich wydarzeniach, dlatego razem z Felicią Hardy wyjeżdża do ekskluzywnego spa w górach. Problem w tym, że na miejscu czekają już Mary Jane, Paul i grupa samozwańczych superzłoczyńców wykorzystujących skradzioną technologię. A to dopiero początek…
Bohaterowie nie mają dnia wolnego
Nareszcie Zeb Wells zaczyna odkrywać karty i powoli dowiadujemy, o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego Peter i MJ już nie są razem? Co wydarzyło się w tajemniczych „brakujących miesiącach”? I skąd nagle w życiu Mary Jane pojawił się Paul oraz dwójka dzieci? Problem w tym, że zanim fabuła przejdzie do sedna, komiks funduje czytelnikowi dwa zeszyty, które sprawiają wrażenie klasycznych zapychaczy.
Weekendowy wypad Petera i Felicii do luksusowego spa miał być lekkim przerywnikiem po wydarzeniach z albumu Mroczna sieć, ale w praktyce wypada dość nijako. Joe Kelly stawia na niezręczny humor i relacyjną komedię, a Terry Dodson dorzuca charakterystyczną, efektowną kreskę. Tyle że sama historia o bogaczach przebierających się za podróbki złoczyńców Spider-Mana szybko ulatuje z pamięci. Owszem, pojawiają się ciekawe momenty – zwłaszcza rozmowy Petera i Felicii o Mary Jane czy zaskakująco dobrze poprowadzony wątek Białego Królika – ale trudno oprzeć się wrażeniu, że te dwa rozdziały istnieją głównie po to, by opóźnić właściwy punkt programu.
A ten zaczyna się dopiero wtedy, gdy Wells wraca do największej tajemnicy swojej serii. I trzeba przyznać, że robi to w sposób jednocześnie dziwny, ryzykowny i zaskakująco wciągający. Fabuła cofa się o rok i pokazuje Petera oraz MJ jeszcze jako parę. Ich konfrontacja z Benjaminem Rabinem – mało znanym przeciwnikiem z czasów Całkiem nowego dnia – uruchamia ciąg wydarzeń, który przenosi bohaterów do alternatywnego, koszmarnego wymiaru powiązanego z mitologią Majów. To właśnie tam Wells najmocniej skręca w stronę mistycyzmu i science fiction, wrzucając do historii międzywymiarowe anomalie, groteskowe potwory i motyw czasu płynącego inaczej.
I wiecie, co? Ten chaos działa. Głównie dlatego, że scenarzysta konsekwentnie buduje poczucie desperacji Petera. Gdy Parker wraca samotnie do domu i odkrywa, że dla MJ minęły znacznie dłuższe miesiące, historia nabiera emocjonalnego ciężaru. Właśnie wtedy rodzi się relacja Mary Jane z Paulem, a sam Peter zaczyna coraz bardziej odpychać od siebie wszystkich dookoła. I choć jego zachowanie bywa momentami frustrująco nieracjonalne – bo wiele problemów rozwiązałaby zwykła rozmowa z Fantastyczną Czwórką czy Avengers – Wells potrafi przekuć tę desperację w coś autentycznie angażującego.
Największą siłą Martwego języka pozostaje jednak tempo i energia głównych zeszytów. Gdy akcję przejmuje John Romita Jr., komiks momentami eksploduje dynamiką. Pościgi, brutalne starcia i sceny huśtania się Spider-Mana między budynkami mają odpowiedni ciężar i intensywność, a zeszyt numer 23 naprawdę potrafi przypomnieć, dlaczego Peter Parker jest jedną z najbardziej lubianych postaci Marvela. Szczególnie dobrze wypada jego konfrontacja z Kapitanem Ameryką – krótka, ale świetnie oddająca emocjonalny chaos bohatera.
A co warstwą graficzną?
W nowym tomie jest równie nierówna, co sama fabuła. Album cierpi przede wszystkim przez bardzo wyraźny kontrast pomiędzy dwoma otwierającymi zeszytami a główną częścią historii rysowaną przez Johna Romitę Jr. I niestety ten przeskok jakościowy widać niemal natychmiast.
Ilustracje Terry’ego Dodsona w rozdziałach rozgrywających się w spa mają lekki, kreskówkowy charakter, ale momentami sprawiają wrażenie niedopracowanych. Kadry bywają szkicowe, twarze tracą proporcje, a całość wygląda zaskakująco surowo jak na artystę, który potrafił wcześniej tworzyć znacznie bardziej eleganckie plansze. Owszem, Dodson nadal dobrze radzi sobie z mimiką i bardziej komediowym tonem historii, jednak wizualnie te zeszyty sprawiają wrażenie pośpiesznych i trudno oprzeć się wrażeniu, że są jedynie przystankiem przed właściwą częścią albumu.
Sytuacja wyraźnie poprawia się wraz z powrotem Johna Romity Jr. To artysta, który od lat budzi skrajne emocje – jego charakterystyczna, kanciasta kreska potrafi wyglądać jednocześnie surowo i niezwykle dynamicznie. W Martwym języku JRJR momentami faktycznie bywa nierówny, szczególnie w anatomii postaci czy przesadnie geometrycznych twarzach, ale kiedy dostaje przestrzeń do rysowania akcji, komiks natychmiast nabiera energii.
Najlepiej wypadają sceny chaosu w alternatywnym wymiarze. Romita świetnie odnajduje się w dziwacznej estetyce tej historii. Groteskowe potwory przypominające dinozaury inspirowane kulturą Majów, rozpadające się krajobrazy czy poobijany Peter Parker w podartym kostiumie mają odpowiedni ciężar i brutalność. Widać też, że Scott Hanna skutecznie wygładza tuszem bardziej surowe elementy kreski Romity, a kolory Márcia Menyza dodają całości głębi. Szczególnie dobrze działają intensywne czerwienie, pomarańcze i mroczne odcienie fioletu dominujące w niektórych scenach.
Ciąg dalszy nastąpi…
Ostatecznie Amazing Spider-Man. Martwy język. Część 1 to jeden z tych tomów, które jednocześnie potrafią mocno frustrować i autentycznie wciągać. Zeb Wells wreszcie zaczyna odsłaniać karty, odpowiadając na pytania ciągnące się od początku jego runu, a przy okazji serwuje historię znacznie ambitniejszą niż mogłoby się wydawać po pierwszych rozdziałach. Problem w tym, że Marvel po raz kolejny wpada w pułapkę typowego komiksowego eventowego rozciągania fabuły. Największą wadą tomu pozostaje jego konstrukcja. Dwa pierwsze zeszyty autorstwa Joe Kelly’ego działają bardziej jak przerywnik niż integralna część historii. Same w sobie nie są kompletną katastrofą – mają kilka zabawnych momentów, niezły klimat relacji Petera i Felicii oraz trochę klasycznego chaosu Spider-Mana. Ale trudno pozbyć się wrażenia, że zajmują miejsce, które spokojnie mogło zostać przeznaczone na domknięcie głównego wątku. Tym bardziej że ten urywa się dokładnie wtedy, gdy historia zaczyna nabierać największego rozpędu.
A jednak mimo tej irytującej struktury, Wellsowi udaje się osiągnąć coś, czego brakowało wielu poprzednim odsłonom przygód „pajęczaka” – sprawić, że naprawdę chce się czytać dalej. Scenarzysta ryzykuje, sięgając po zapomniane wątki z ery Całkiem nowego dnia, mistycyzm, alternatywne wymiary i mało znanego przeciwnika, który dla części czytelników może okazać się zbyt hermetyczny. Paradoksalnie właśnie ta dziwaczność okazuje się jedną z największych zalet albumu. Historia momentami przypomina szaloną mieszankę superbohaterskiego thrillera, psychodramy i międzywymiarowego horroru, ale przez większość czasu utrzymuje uwagę.
Nie wszystko jednak działa równie dobrze. Relacja Petera i MJ nadal może budzić mieszane uczucia, a sposób w jaki Wells prowadzi emocjonalny konflikt głównego bohatera z resztą świata bywa wymuszony. Peter momentami zachowuje się irracjonalnie nawet jak na standardy komiksowego dramatu, przez co część konfliktów wydaje się sztucznie napompowana tylko po to, by zwiększyć stawkę historii. Nie każdemu przypadnie też do gustu mocno mistyczny kierunek fabuły, szczególnie że seria dopiero co wychodzi z wydarzeń Mrocznej sieci.
Mimo to, trudno odmówić temu tomowi energii. Kiedy historia skupia się na desperackiej walce Petera, dynamicznej akcji i poczuciu narastającej katastrofy, Martwy język naprawdę potrafi przypomnieć, dlaczego Spider-Man działa najlepiej jako bohater wiecznie przytłoczony przez świat większy od niego samego. John Romita Jr. dodatkowo wzmacnia to poczucie chaosu i desperacji swoją brutalną, momentami groteskową kreską, a finałowe rozdziały zostawiają wystarczająco dużo pytań, by naturalnie sięgnąć po kontynuację.
Nasza ocena: 7,2/10
To bardzo nierówny tom – chwilami świetny, chwilami ewidentnie rozciągnięty, ale wciąż jest to najciekawszy i najbardziej angażujący fragment runu Zeba Wellsa od dłuższego czasu.Fabuła: 7/10
Bohaterowie: 7/10
Oprawa graficzna: 7/10
Wydanie: 8/10
