Site icon Ostatnia Tawerna

Otchłań rozpaczy – recenzja komiksu „Otchłań Zmartwychwstań”

Rysownik znany z serii Locke & Key, Gabriel Rodriguez łączy siły z nieznanym scenarzystą ukrywającym się pod pseudonimem Hirodjee. Pytanie tylko, czy fabuła dorówna genialnej oprawie graficznej?

Spadamy w czeluść…

Cóż, nie miałem jakiś wygórowanych oczekiwań względem tego tytułu, byłem po prostu szczerze zaciekawiony i zaintrygowany, ale i tak, koniec końców, zderzyłem się boleśnie z ziemią. Mój upadek był tym boleśniejszy, że w połowie lektury wiedziałem już, że to będzie średniak. Niby nic wybitnego, ale jednak kawał dobrej zabawy. A jednak się pomyliłem i na samym końcu przywaliłem w ziemię jeszcze mocniej, niż się spodziewałem. Piszę tę recenzję po jakichś dwudziestu czterech godzinach od zakończonej lektury, a i tak nadal nie mogę ochłonąć. Jestem strasznie zawiedziony, ale nawet nie będę mógł się porządnie wyżyć na tym komiksie, ponieważ nie zamierzam spojlerować. Po tej wstępnej tyradzie powiedzmy sobie trochę o fabule. A więc mamy Havena Greenwooda, który wyrusza w podróż w mało znane rejony Arktyki. Upływają ponad dwa lata, gdy jego druga małżonka postanawia podążyć jego śladem i odkryć prawdę o ekspedycji. Ląduje na mroźnej północnej wyspie, na której rezydują… umarli! I tak wraz ze swoją załogą będzie zmuszona walczyć o życie, ale także o prawdę. Cóż, brzmi to sztampowo i faktycznie trudno tutaj szukać jakiś większych zaskoczeń. Niemniej początek był naprawdę obiecujący. Tajemnica w tle, utarczki protagonistki z teściową, specyficzni przeciwnicy, coś na kształt zombie-duchów. I to wszystko traci jakikolwiek sens tak od połowy komiksu. Gdy poznajemy rozwiązania poszczególnych wątków, wydają się one głupie i do tego niezbyt się kleją ze sobą. Niektóre elementy zdają się wepchnięte na siłę, jak pewna zła istota czy Eskimosi. Główny antagonista jest jakiś taki bezpłciowy i do tego tępy. Finał komiksu zaskakująco prosty, a przez to nijaki. Tu nam stawiają ultimatum, życie ludzkie się waży, a bohaterowie obmyślają banalny plan, który zostaje zrealizowany zbyt perfekcyjnie. Ciężko mi komentować tę historię, bez spojlerowania, a mimo wszystko nie chcę komuś psuć zabawy, bo może ktoś będzie chciał kupić ten komiks ze względu na fenomenalną oprawę graficzną.

Piękno zimna i śniegu

Gabriel Rodriguez jest mistrzem tworzenia klimatycznych, pięknych, zachwycających scen rozgrywających się w zimowej scenerii. Jego kreska ujęła mnie od pierwszej strony. Gdy na kadrach wieje lodowaty wiatr, prawie można to poczuć. No i umrzyki w jego wykonaniu też wyglądają fenomenalnie. Nie ma tu niczego, do czego mógłbym się przyczepić. Co i rusz przeglądam ten album i tak żałuję, że ma taką mierną fabułę, bo naprawdę chciałbym zatrzymać sobie ten komiks. Tylko po co, skoro nigdy nie najdzie mnie ochota, aby wrócić do tej historii. No nie, opowieść jest marna, momentami głupia, co i rusz zachęca do przewracania oczami. Na końcu tomu zamieszczono jeszcze naprawdę piękne szkice i chciałoby się do nich wracać. Tylko że jest ryzyko, że trafi się na ostatnie strony. I wtedy znów przyjdzie sobie uświadomić, że jeden wątek został wprowadzony tylko po to, aby dać nam ten, pożal się Boże, finał.

Podsumowując, nie jest to najgorszy komiks, który przeczytałem w tym roku, ale definitywnie jest to powieść graficzna, która zmarnowała cały swój potencjał.

Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Egmont, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.

Nasza ocena: 6,2/10

Otchłań zmartwychwstań wygląda fenomenalnie, ale niestety fabuła, to równia pochyła.

Fabuła: 3,5/10
Bohaterowie: 5/10
Oprawa graficzna: 8,5/10
Wydanie: 8/10
Exit mobile version