Site icon Ostatnia Tawerna

Ostatnia zbiórka? – recenzja komiksu „Avengers. Zmierzch”

Avengers przez dekady ratowali świat, lecz nawet najwięksi bohaterowie nie mogą pokonać czasu. W „Avengers: Zmierzch” Chip Zdarsky zabiera nas do przyszłości, w której Steve Rogers jest już starcem, dawna drużyna praktycznie nie istnieje, a Ameryka bardzo różni się od kraju, którego bronił Kapitan. Czy nadszedł czas na ostatnią zbiórkę Avengers?

Bohater na emeryturze

Akcja Avengers: Zmierzch rozgrywa się w alternatywnej przyszłości. Steve Rogers jest już starym człowiekiem, nie posiada serum superżołnierza i od dawna nie jest Kapitanem Ameryką. Zresztą czasy superbohaterów w znanej nam postaci właściwie minęły. Świat zmienił się po tragicznym Dniu H, a w Stanach Zjednoczonych pod hasłami bezpieczeństwa wprowadzono między innymi godzinę policyjną i powszechną inwigilację. Nad ulicami latają kamery, porządku pilnują funkcjonariusze wyposażeni w zaawansowaną technologię Stark Industries, a obywatele mają coraz mniej wolności.

Steve początkowo trzyma się od tego wszystkiego z daleka. Sytuacja zmienia się, kiedy odwiedza go stary znajomy – Luke Cage. Szybko okazuje się, że Ameryka potrzebuje Kapitana być może bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Rogers musi więc ponownie stanąć do walki, odkryć prawdę o otaczającym go świecie i przekonać się, co po tylu latach zostało z dawnych Avengers.

Więcej o fabule lepiej nie mówić. Zdarsky przygotował kilka niespodzianek, a sporą część przyjemności z lektury stanowi stopniowe odkrywanie, co wydarzyło się w przeszłości oraz jaki los spotkał poszczególnych bohaterów.

Starość nie radość, nawet dla Avengers

Chip Zdarsky należy do moich ulubionych współczesnych scenarzystów komiksowych. Szczególnie dobrze wspominam jego run Daredevila. Matt Murdock istnieje przecież od dziesięcioleci i nie posiada mocy pozwalających co chwilę wysyłać go na inną planetę czy do alternatywnego wymiaru, a mimo to scenarzysta potrafił znaleźć dla niego nowe i ciekawe historie. Dlatego po Avengers: Zmierzch spodziewałem się sporo. Na szczęście się nie zawiodłem.

Jednym z najlepszych pomysłów Zdarsky’ego jest sposób, w jaki potraktował upływ czasu. Nie wystarczyło mu dodanie bohaterom siwych włosów i kilku zmarszczek. Zastanowił się, co starzenie oznacza dla konkretnych postaci, ich organizmów, mocy oraz życia. Steve może ponownie stać się silniejszy, ale nie oznacza to automatycznego odzyskania młodości. Luke Cage również przekonuje się, że jego niezwykłe ciało po kilkudziesięciu latach może przynosić problemy, których wcześniej nie przewidywał. Z kolei znacznie młodsza od nich Kamala Khan zdążyła dorosnąć i założyć rodzinę. Jeszcze inaczej wygląda sytuacja Thora, dla którego przemijanie ludzkich przyjaciół stanowi problem bardziej emocjonalny niż fizyczny. Dzięki temu naprawdę czujemy, że od czasów znanych nam Avengers minęły całe dekady.

Sama konstrukcja opowieści nie jest szczególnie rewolucyjna. Mamy bohatera po przejściach, jego powrót, zbieranie drużyny, stopniowe odkrywanie tajemnic i wreszcie porządne superbohaterskie mordobicie. Czytając komiks Marvela o Avengers, raczej nie zastanawiałem się, czy dobro ostatecznie zatriumfuje. Ważniejsze stało się pytanie, jak do tego dojdzie. Zdarsky sprawił, że kibicowałem bohaterom, interesowały mnie ich relacje i chciałem poznawać odpowiedzi na kolejne pytania. Poszczególne rozdziały prowadzą nas przy tym bardzo sprawnie od przedstawienia świata aż do efektownego finału.

Wielki Brat patrzy

Bardzo dobrze wypada sama wizja przyszłości. Nie przenosimy się tysiące lat naprzód i nie trafiamy do rzeczywistości całkowicie oderwanej od naszej. Nadal mamy ulice, parki, bary i zwyczajnych ludzi, ale pomiędzy nimi pojawiły się hologramy, zaawansowana technologia, wszechobecne kamery czy futurystyczne neony. Nawet biorąc pod uwagę, że Marvel od dawna dysponuje technologią znacznie bardziej rozwiniętą niż nasza, jest to przyszłość, w którą można uwierzyć.

Niestety nie tylko pod względem technologicznym. Jednym z ważniejszych tematów Zmierzchu jest kontrolowanie informacji. Władza może powiedzieć ludziom, czego mają się bać, komu ufać i jaki obraz rzeczywistości uznać za prawdziwy. Wystarczy odpowiednio wykorzystać media, powtarzać określony przekaz i zagłuszać informacje, które do niego nie pasują.

Podczas lektury trudno było mi nie pomyśleć o rosyjskiej inwazji na Ukrainę i towarzyszącej jej propagandzie. Rosja jest agresorem, a mimo to również w Polsce można spotkać ludzi powtarzających narracje próbujące odwracać te role i przedstawiać Ukrainę jako zagrożenie. Przeraża mnie łatwość, z jaką dezinformacja rozprzestrzenia się chociażby w mediach społecznościowych i jak skutecznie można przekonać część odbiorców do fałszywego obrazu rzeczywistości. Dlatego mechanizmy przedstawione przez Zdarsky’ego, mimo całej superbohaterskiej otoczki, nie wydały mi się szczególnie fantastyczne. Hologramy mogą należeć do przyszłości. Manipulowanie ludźmi za pomocą informacji niestety nie.

Dobrze współgra z tym podejście samego Steve’a Rogersa do ludzi stojących po przeciwnej stronie. Kapitan Ameryka nie jest tutaj po prostu facetem rzucającym tarczą we wszystkich uznanych za wrogów. Rozumie, że część przeciwników naprawdę wierzy, iż walczy za swój kraj i robi coś słusznego, ponieważ taki obraz świata im przedstawiono. To drobny, ale ważny element pokazujący, że Zdarsky dobrze rozumie tę postać.

Zbiórka, Avengers!

Scenarzysta sprawnie korzysta również z kilkudziesięciu lat historii Marvela. Nie chcę wymieniać wszystkich postaci pojawiających się na kolejnych stronach, ponieważ odkrywanie ich losów stanowi część zabawy. Co ważne, nawiązania do przeszłości nie zamieniają komiksu w encyklopedię wymagającą przeczytania kilkuset wcześniejszych zeszytów. Nowy czytelnik może po prostu śledzić historię, a fan dostaje dodatkową warstwę.

Szczególnie spodobał mi się jeden motyw związany z Lokim i samymi początkami Avengers. Nie zdradzę, na czym polega, ale osoby pamiętające, w jakich okolicznościach drużyna zebrała się po raz pierwszy jeszcze w latach 60., powinny docenić ten moment. To jedno z tych nawiązań, które bez znajomości starszych historii pozostaje sympatyczną sceną, a dla fana nabiera znacznie większego znaczenia.

Takich ukłonów w stronę wieloletnich czytelników jest więcej. Zdarsky nie opiera jednak na nich całej atrakcyjności albumu. To dodatki, a nie warunek dobrej zabawy.

Mam jednak dwa niewielkie zastrzeżenia do scenariusza.

Pierwsze dotyczy Dnia H – katastrofy, która zmieniła świat i położyła się cieniem na życiu bohaterów. Zdarsky stopniowo przekazuje kolejne informacje, więc nie można powiedzieć, że wydarzenie pozostaje niewyjaśnioną tajemnicą. Wiemy, co mniej więcej się wydarzyło, kto brał w tym udział i jakie były konsekwencje. Brakowało mi jednak pełniejszego obrazu. Dwu- czy trzystronicowa retrospekcja pokazująca przebieg najważniejszych wydarzeń dobrze uzupełniłaby rozsiane po albumie informacje.

Drugie zastrzeżenie dotyczy jednego z późniejszych zwrotów akcji. Bez zdradzania szczegółów – pojawia się rozwiązanie ważne dla kilku bohaterów, które samo w sobie bardzo mi się spodobało, ale Zdarsky przechodzi od punktu A do punktu C, właściwie pomijając B. Jedno zdanie albo nawet jeden dodatkowy kadr wystarczyłby, żeby wyjaśnić, jak dokładnie do tego doszło.

To jednak naprawdę drobiazgi. W obu przypadkach miałem po prostu wrażenie, że wystarczyło powiedzieć czytelnikowi odrobinę więcej.

Malowany zmierzch Avengers

Daniel Acuña sprawił, że po przeczytaniu tego albumu zostałem jeszcze większym fanem jego twórczości. Wcześniej znałem jego prace między innymi z Tajnego Imperium czy Procesu Kapitana Ameryki, ale tam miałem okazję oglądać przede wszystkim pojedyncze rozdziały. Zmierzch pozwolił mi nacieszyć się jego stylem na przestrzeni całej historii.

Ilustracje mają charakterystyczny, malarski wygląd. Tła nie zawsze są wypełnione najdrobniejszymi szczegółami, czasami pozostają bardziej miękkie czy rozmyte, ale zawsze dostajemy dokładnie tyle, ile potrzeba, żeby poczuć miejsce akcji. Świetnie wygląda futurystyczne miasto pełne neonów i hologramów, ale równie dobrze wypadają zwyczajny park czy wnętrze baru. Kiedy natomiast opuszczamy Ziemię i trafiamy do bardziej fantastycznych miejsc, zmiana atmosfery jest natychmiastowa.

Acuña znakomicie radzi sobie też z akcją. Im bliżej finału, tym większa skala starć, ale nawet przy eksplozjach, pociskach, błyskawicach, latających maszynach i kilku bohaterach walczących jednocześnie nie miałem problemu ze śledzeniem wydarzeń. Rzut tarczą Kapitana Ameryki, zwyczajne mordobicie, pociski odbijające się od Luke’a Cage’a czy Thor korzystający z piorunów – każdy z tych elementów ma odpowiednią dynamikę.

Rysownik potrafi też odpowiednio celebrować postacie. Właściwie każdy z ważniejszych bohaterów dostaje swój moment i efektowny kadr. Szczególnie zapamiętałem tarczę Kapitana Ameryki przedstawioną niemal jak muzealny eksponat oraz kapitalne pojawienie się Thora podczas burzy. Postarzony Steve przez rysy twarzy i mimikę momentami niesamowicie przypominał mi z kolei starszego Clinta Eastwooda. I przez sporą część historii wyglądał na równie wkurzonego.

Moim małym graficznym faworytem został jednak kostium nowej Hawkeye. Acuña zachował elementy i kolorystykę kojarzące się z Clintem Bartonem, ale stworzył bardziej futurystyczną, zabudowaną wersję stroju. Trochę przypomina mi to podejście znane z Batman Beyond. Od razu wiemy, czyje dziedzictwo kontynuuje nowa bohaterka, ale jednocześnie widzimy, że funkcjonuje już w innych czasach.

Zmierzch w twardej oprawie

Na pochwałę zasługuje również polskie wydanie Egmontu. Przede wszystkim całą zamkniętą historię otrzymujemy w jednym tomie. Komiks ukazał się w twardej oprawie, co oczywiście wpływa na cenę, ale w tym przypadku taki format mi odpowiada. Album dobrze prezentuje się na półce, a jednocześnie nie jest przesadnie gruby, więc pozostaje wygodny podczas czytania. Dobrej jakości papier pozwala natomiast odpowiednio wybrzmieć kolorowej oprawie Acuñy.

Na końcu znajdziemy standardową już galerię alternatywnych okładek. Ciekawszym dodatkiem są dla mnie trzy strony materiałów Daniela Acuñy pokazujących projekty postaci i kostiumów. Możemy dokładniej obejrzeć między innymi Defenders, futurystycznych funkcjonariuszy, Steve’a Rogersa oraz stroje superbohaterów. Pojawiają się również bardziej surowe szkice, dzięki czemu można choć trochę podejrzeć proces projektowania postaci.

Nie jest tego bardzo dużo, ale zdecydowanie wolę dostać kilka takich stron niż zakończyć album wyłącznie galerią wariantów okładkowych.

Ostatnia zbiórka?

Avengers: Zmierzch nie próbuje wymyślić komiksu superbohaterskiego na nowo i nie musi tego robić. Chip Zdarsky bierze dobrze znane elementy i składa z nich historię, która potrafi zaangażować mimo dość przewidywalnego ogólnego kierunku. Najbardziej spodobało mi się jego spojrzenie na starzenie się bohaterów oraz świat, w którym manipulowanie informacją okazuje się równie potężną bronią jak supermoce.

Mam kilka niewielkich zastrzeżeń do fabularnych niedopowiedzeń, ale giną one przy zaletach całości. Daniel Acuña dopełnia natomiast historię znakomitą oprawą graficzną i udowodnił mi, że jego styl świetnie sprawdza się nie tylko w pojedynczych zeszytach, lecz także w całym albumie.

Zdarsky kupił mnie już dawno temu swoim Daredevilem. Avengers: Zmierzch tylko przypomniał mi dlaczego. Acuña natomiast po tym albumie może już zdecydowanie dopisać mnie do grona swoich fanów.

Nasza ocena: 9,2/10

Świetna opowieść o przemijaniu, dziedzictwie i bohaterach, którzy mimo upływu lat wciąż mają o co walczyć. Zdarsky zachwyca scenariuszem, a Acuña fantastyczną oprawą graficzną.

Fabuła: 9/10
Bohaterowie: 9/10
Oprawa graficzna: 10/10
Wydanie: 9/10
Exit mobile version