Site icon Ostatnia Tawerna

Optymalizacja Borderlands 4 to nowe standardy branży

Kiedy  gracze dowiadują się o nowych odsłonach serii, dochodzi do czegoś na wzór indoktrynacji marketingiem – wizji tego, czym dany tytuł ma być. Bez wątpienia takim przypadkiem była dla wielu premiera Borderlands 4: obietnica nowego chaosu, mieszanki masakry, humoru i milionów broni. A wyszło… trochę jak na wywiadówce pod koniec roku, kiedy już mało komu się chce. Wszyscy pragną tylko wrócić do domu, aż nagle odzywa się ten jeden rodzic, który obiecał siedzieć cicho.

Tym rodzicem okazał się CEO Gearbox Software. I to nie takim, co zadaje pytanie o plan wycieczki szkolnej, tylko raczej wuefistą, który zaczyna wykład o tym, że „dzisiejsza młodzież nie potrafi zrobić przewrotu w tył”. Zamiast przeprosić za techniczne potknięcia, Randy Pitchford postanowił… zaatakować własnych klientów. Tam, gdzie inni kajaliby się niczym Dante przed Beatrycze, on obrał zupełnie inną drogę – pełną ironii, statystyk i wycieczek osobistych.

Gra AAA, a podejście szefa jakby wydał coś, co godne jest growego Oscara!

Chyba wszyscy twórcy chcą, by ich projekt zdobył uznanie, gracze byli zadowoleni, a noty na Steamie świeciły na zielono. Tymczasem Pitchford zamiast gasić pożar, dolał benzyny, sugerując, że problem leży w… „bieda PC” graczy. I nagle w sieci zaczęły krążyć cytaty przypominające te, jak w przypadku gier od EA: „Jeśli gra wam nie pasuje, zróbcie refund” albo „Jeśli macie 30 FPS, to wasza wina, nie nasza”. W sumie nie ma co się dziwić – gracze to przecież najgorszy sort odbiorców – wizjonerów, prawda? Ale to pokazuje coś więcej: jak nie robić marketingu własnej grze.

Nowe gry = nowy sprzęt?

Byłoby pięknie. Za każdym razem, gdy wychodzi kolejny hit, pakujemy pod pachę nowego RTX-a, i7 z przyszłości i monitor z NASA. W praktyce gracze są stworzeniami wygodnymi – wolą chwalić się swoim komputerem jak medalem zdobytym w biegu na sto metrów… w Simsach. Ale medal to medal, zasady to zasady.

Problem w tym, że Borderlands 4 jest grywalne głównie dzięki respiratorowi w postaci DLSS i frame generation. Niby działa, ale czy naprawdę chodzi o to, żeby gra AAA potrzebowała protez od Nvidii, żeby utrzymać się przy życiu?

Z jednym z Pitchfordem trudno się nie zgodzić: Borderlands 4 to gra premium. Cenowo i marketingowo – zdecydowanie. Ale jeśli za tę „premium” cenę dostajemy doświadczenie rodem z early accessu, to coś tu nie gra. To trochę jakby celebryta zaprosił nas na konferencję prasową, gdzie przez godzinę opowiada, jak wielkim jest artystą – i choć nikt nie wierzy, to i tak znajdzie się rynek na jego autopromocję.

Rynek czekał na Borderlands 4. A dostał coś, co wielu chętnie zamiotłoby pod dywan – gdyby nie fakt, że właśnie w tym momencie żona przypomina, że teściowie stoją w drzwiach, a Ty obiecałeś tydzień temu, że odkurzysz.

Tak w skrócie brzmi filozofia Pitchforda. Według niego tylko 0,04% graczy zgłosiło problemy z wydajnością. A, że tysiące innych piszą o swoich problemach na forach? To błąd pomiaru. Tyle, że takie podejście brzmi jakby linia lotnicza chwaliła się: „tylko 0,04% pasażerów nie doleciało, więc jest super”. Nawet Ubisoft – mistrz samobójów wizerunkowych – nie strzelił sobie tak w stopę, jak Gearbox teraz.

Jaka z tej sytuacji płynie lekcja dla gamedevu i graczy?

Prosta. Gry nigdy nie były i nie będą idealne – z tym trzeba się pogodzić. Ale jeśli już dochodzi do debaty na ich temat, to niech ona przypomina rozmowę o sztuce interaktywnej, a nie sejmową awanturę, gdzie każdy krzyczy, żaden nie słucha, a racji nie ma nikt.

Bo Borderlands 4 to faktycznie gra premium. Premium… frustracji.

Exit mobile version