Site icon Ostatnia Tawerna

Nowe rozdanie? – recenzja komiksów „Świat Akwilonu. Elfy. Czarna krew Sylwanów” i „Świat Akwilonu. Elfy. Alyana”

Plaga ghuli dobiegła końca, ale to wcale nie oznacza, że w Świecie Akwilonu zapanował spokój. Czarna krew Sylwanów pozwala nam poznać historię naznaczonego mroczną siłą Ilawa, natomiast Alyana otwiera zupełnie nowy rozdział w dziejach elfów. Czy po długiej walce z nieumarłymi czytelnicy są już jednak gotowi na kolejne wielkie zagrożenie?

Po wielu miesiącach walk, niezliczonych ofiarach i wydarzeniach rozgrywających się w różnych zakątkach Arranii wreszcie się udało. W tomie Czerwona jak lawa zakończył się wątek plagi ghuli, który z czasem rozrósł się do ogromnego eventu obejmującego nie tylko Elfy, ale właściwie cały Świat Akwilonu. Nie ukrywam, że na ten moment czekałem już od dłuższego czasu. Sama historia nieumarłych miała wiele dobrych momentów, ale została rozciągnięta do tego stopnia, że coraz trudniej było dostrzec jej koniec. Tym bardziej interesujące stało się pytanie: co dalej?

Odpowiedź przynoszą dwa kolejne albumy. Czarna krew Sylwanów Nicolasa Jarry’ego jest jeszcze swego rodzaju epilogiem poprzednich wydarzeń, natomiast Alyana Oliviera Peru otwiera drzwi do zupełnie nowej historii. Czy jednak po jednym gigantycznym zagrożeniu naprawdę potrzebowaliśmy od razu kolejnego?

Czarny jeździec

Bohaterem Czarnej krwi Sylwanów jest Ilaw, którego życie poznajemy właściwie od dzieciństwa. Początkowo wychowuje się wśród leśnych elfów, jednak tragiczne wydarzenia sprawiają, że rodzice powierzają go opiece wuja – półkrwi Sylwana i niebieskiego elfa, będącego kapitanem statku. W ten sposób chłopak opuszcza las i kolejne lata spędza na morzu.

Nicolas Jarry przeprowadza nas przez następne etapy życia Ilawa, wykorzystując przy tym jego wewnętrzną narrację. Bohater opowiada o swoich przeżyciach niemal tak, jakbyśmy czytali jego wspomnienia czy pamiętnik. Dzięki temu liczne przeskoki czasowe nie przeszkadzają, a na niespełna sześćdziesięciu stronach możemy poznać całkiem sporą część jego życia. Największym problemem Ilawa okazuje się jednak nie otaczający go świat, lecz on sam. Bohater czuje w sobie coś, co określa mianem „czarnego jeźdźca”. W chwilach gniewu traci nad sobą kontrolę i wpada w morderczy szał. Nie tylko zabija, ale robi to z wyjątkowym okrucieństwem i czerpie z rozlewu krwi niepokojącą przyjemność. Ilaw zdaje sobie sprawę, że coś jest z nim nie tak, lecz długo nie potrafi nad tym zapanować.

Początkowo nie zapałałem do niego szczególną sympatią – i to mimo mojej słabości do leśnych elfów. Z czasem jednak bohater staje się coraz ciekawszy, przede wszystkim wtedy, gdy zaczyna świadomie walczyć ze swoją mroczną naturą. Najlepszym elementem albumu jest dla mnie jego spotkanie ze Srizą, krasnoludzkim egzorcystą z Bractwa Świątyni. Co ciekawe, postać ta jest kolejnym przykładem przenikania się poszczególnych serii Świata Akwilonu – Sriza ma już za sobą własne przygody w cyklu Krasnoludy. Znajomość tamtych albumów nie jest jednak potrzebna, aby zrozumieć jego rolę w historii Ilawa.

Relacja tej dwójki daje przede wszystkim nadzieję, że przeznaczenie głównego bohatera wcale nie musi być przesądzone. I właśnie dlatego zakończenie albumu wywołało u mnie mieszane uczucia. Jarry po raz kolejny pokazuje, że Akwilon nie zawsze przestrzega reguł klasycznego heroic fantasy i niekoniecznie daje czytelnikowi rozwiązanie, którego ten oczekuje. Potrafię to docenić, ale jednocześnie przyznam, że tym razem obrany przez scenarzystę kierunek zwyczajnie nie przypadł mi do gustu. Pozostaje mieć nadzieję, że historia Ilawa jeszcze się nie skończyła i autor ma dla niego w zanadrzu kolejną niespodziankę.

Nie wszystkie tajemnice wypadają zresztą równie dobrze. Jarry przez pewien czas próbuje ukrywać prawdę dotyczącą jednego z tragicznych wydarzeń z dzieciństwa bohatera, ale nietrudno domyślić się rozwiązania. Na szczęście nie jest ono najważniejszym elementem całej opowieści, więc przewidywalność tego fragmentu nie psuje lektury.

Czarna krew Sylwanów jest przy tym interesującym pożegnaniem z poprzednim etapem serii. Plaga ghuli nadal pojawia się w historii Ilawa, ale tym razem nie stanowi już centrum całej opowieści. Jest jednym z wydarzeń na jego drodze. Po wielu tomach podporządkowanych walce z nieumarłymi takie podejście zdecydowanie przynosi odrobinę świeżości.

Nowa bohaterka, nowe zagrożenie

O ile siedemnasty tom jedną nogą pozostaje jeszcze w poprzedniej epoce Elfów, tak Alyana wyraźnie próbuje rozpocząć kolejną.

Tytułową bohaterkę poznajemy właściwie od momentu narodzin. Początkowo wydaje się białą elfką, szybko jednak staje się jasne, że jest kimś znacznie bardziej niezwykłym. Dziewczynka rozwija się w nienaturalnym tempie, a wraz z odkrywaniem jej prawdziwej natury cofamy się również do tajemnic związanych z pradawną historią Arranii – tak starych, że zdążyły zostać zapomniane nawet przez elfy.

Olivier Peru znów musi zmieścić sporo wydarzeń na stosunkowo niewielkiej liczbie stron, ale robi to zaskakująco sprawnie. Alyanę czyta się bardzo szybko, bo właściwie cały czas coś się dzieje. Retrospekcje przeplatają się z wydarzeniami współczesnymi, pojawiają się kolejne zagadki, walki i odkrycia, a nawet drobniejsze elementy potrafią zapaść w pamięć. Dobrym przykładem jest Biedronek – smok Alyany, który nie gości na planszach szczególnie długo, a mimo to zdążyłem się do niego przywiązać.

Sama Alyana również wypada dobrze. Nie jest wyłącznie kolejną „wybranką”, której wyjątkowość ma wystarczyć za osobowość. Obserwujemy jej błyskawiczne dorastanie, konieczność zmierzenia się z odpowiedzialnością, na którą nie miała czasu się przygotować, a także popełniane przez nią błędy. Dzięki temu, mimo ograniczonej objętości albumu, Peru pozwala swojej bohaterce wykształcić charakter.

Towarzyszy jej Pech – ork znany wcześniej z piątego tomu serii Orki i Gobliny. To kolejny crossover, ale podobnie jak w przypadku Srizy znajomość wcześniejszych przygód postaci nie jest konieczna. Pech zostaje przedstawiony tak, aby czytelnik Elfów mógł poznać go dopiero tutaj. Osoby śledzące pozostałe cykle otrzymają dodatkowy kontekst, ale reszta nie powinna czuć się zagubiona.

Pech nie kradnie przy tym historii Alyanie. Jest kompanem i do pewnego stopnia ochroniarzem, choć szybko okazuje się, że dziewczyna nie zawsze takiej ochrony potrzebuje. Jego imię nie jest przypadkowe – kłopoty wyraźnie lubią go znajdować. Nie należy jednak oczekiwać bohatera komediowego, który co chwilę przewraca się na skórce od banana. Pech raczej przyciąga problemy znacznie większego kalibru, z którymi później musi radzić sobie za pomocą mięśni i umiejętności bojowych. Najważniejsze jednak, że pomiędzy nim i Alyaną pojawia się odpowiednia chemia. Ich duet jest jednym z powodów, dla których chętnie zobaczę dalszy ciąg tej historii.

Większe zawsze znaczy groźniejsze?

Mam za to problem z kierunkiem, w którym Alyana zaczyna prowadzić całą serię. Plaga ghuli przez długi czas stopniowo rosła w siłę. Odkrywaliśmy kolejne elementy zagrożenia, obserwowaliśmy, jak konflikt obejmuje następne krainy i rasy, aż wreszcie stał się wydarzeniem dotyczącym właściwie całego Akwilonu. Problem polegał na tym, że ciągnął się zdecydowanie za długo. Kiedy wreszcie dobiegł końca, liczyłem na kilka mniejszych, bardziej niezależnych historii.

Tymczasem Alyana niemal natychmiast zapowiada następny wielki event. Tym razem scenarzysta nie bawi się nawet w szczególnie powolne budowanie skali zagrożenia. Dostajemy retrospekcje pokazujące pradawne, gigantyczne istoty i właściwie od razu otrzymujemy jasny komunikat: oto pojawiło się coś, czego należy bać się jeszcze bardziej niż ghuli.

Nie oznacza to, że sam pomysł jest zły. Przeciwnie – tajemnica związana z przeszłością Arranii jest interesująca, a Peru przygotował również bardzo dobry zwrot akcji. Bardziej doświadczony czytelnik może w pewnym momencie zacząć podejrzewać, w którą stronę zmierza scenariusz, ale rozwiązanie przez długi czas nie jest oczywiste i potrafi zaskoczyć. To przypomina jedną z rzeczy, za które polubiłem Świat Akwilonu na samym początku – historie rozgrywające się tutaj nie zawsze podążają najbardziej oczywistymi ścieżkami.

Problem leży więc nie tyle w samym Alyanie, ile w pewnym zmęczeniu całym cyklem. Ledwo zakończyliśmy wielką wojnę, a już słyszymy: teraz nadciąga coś jeszcze większego. Przypomina to nieco mechanizm doskonale znany z komiksów Marvela czy DC, gdzie po uratowaniu świata trzeba znaleźć przeciwnika, przy którym poprzednie zagrożenie będzie wyglądało niepozornie. Czas pokaże, czy twórcy Akwilonu nie wpadną w podobną pułapkę.

Znajome kreski

Oba albumy przygotowali artyści doskonale znani już czytelnikom serii. Za rysunki w Czarnej krwi Sylwanów odpowiada Gianluca Maconi, od dawna związany z historiami leśnych elfów, natomiast Alyanę zilustrował przede wszystkim Stéphane Bileau, który już wcześniej wraz z Olivierem Peru zabierał nas do świata białych elfów. Przy kilku planszach pomagał mu także Pierre-Denis Goux, jednak podczas lektury trudno dostrzec wyraźną zmianę stylu.

Podobnie jest zresztą pomiędzy samymi albumami. Oczywiście kreska Maconiego i Bileau nie jest identyczna – różnice można dostrzec choćby w sposobie rysowania twarzy – ale oba komiksy pozostają wizualnie spójne ze Światem Akwilonu.

Maconi bardzo dobrze radzi sobie zarówno z lokacjami, jak i akcją. Lasy, morze, ruiny czy Cytadela Slurce przypominają, że jednym z największych atutów cyklu pozostaje jego różnorodny świat. Artysta sporo uwagi poświęca również emocjom bohaterów, szczególnie Ilawa. Kiedy zaś do głosu dochodzi „czarny jeździec”, nie ma mowy o łagodzeniu przemocy. Krew leje się obficie, pojawiają się okaleczone ciała czy odcięte głowy, dzięki czemu naprawdę widzimy, jak przerażający potrafi stać się bohater tracący nad sobą kontrolę.

Jeszcze kilka ciekawych pomysłów wizualnych przynosi Alyana. Bileau dobrze rozróżnia poszczególne płaszczyzny opowieści za pomocą kolorystyki. Zielone lasy czy szare, wypełnione pajęczynami jaskinie ustępują w retrospekcjach cieplejszej, żółto-czerwonej palecie, natomiast wizje potrafią zostać niemal całkowicie pozbawione tła i pogrążone w czerni. Dzięki temu bez problemu orientujemy się, kiedy opuszczamy teraźniejszość.

Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak nie gigantyczne istoty zapowiadane jako nowe zagrożenie dla świata, lecz znacznie mniejsze pająkopodobne stworzenia. Już same ich odnóża, oczy i czułki wyglądają odpowiednio paskudnie, ale prawdziwie makabrycznym pomysłem są ludzkie twarze wystające z odwłoków bestii. Wyglądają niczym uwięzione w ich wnętrzu, cierpiące dusze pożartych ofiar. To jeden z tych projektów, którym warto przyjrzeć się trochę dłużej.

Szkoda tylko, że właśnie z tym „przyglądaniem się dłużej” bywa w Świecie Akwilonu problem. Powtarzałem to już przy wcześniejszych albumach: ilustracje często są na tyle efektowne i szczegółowe, że chciałoby się zobaczyć je w większej skali. Polski format jest wprawdzie większy od typowych wydań komiksów superbohaterskich i zdecydowanie pomaga w odbiorze, ale część kadrów nadal sprawia wrażenie mocno skompresowanych. Co ciekawe, francuskie albumy ukazują się w jeszcze większym formacie.

Czas na odrobinę odpoczynku?

Ocena Czarnej krwi Sylwanów i Alyany okazuje się dla mnie trudniejsza, niż początkowo zakładałem. Oba komiksy mają swoje mocne strony. Ilaw jest interesującym bohaterem, a jego relacja ze Srizą należy do najlepszych elementów siedemnastego tomu. Alyana również potrafi wzbudzić sympatię, świetnie uzupełnia ją Pech, akcja nie zwalnia, a Olivier Peru przygotował udany zwrot fabularny. Do tego oba albumy prezentują bardzo dobry, dobrze już znany poziom graficzny.

A jednak czegoś zaczyna brakować.

Być może jest to po prostu efekt przesytu. Kolejne albumy Świata Akwilonu ukazują się w Polsce w bardzo szybkim tempie. Z jednej strony pozwala to sprawnie nadrabiać ogromny dystans dzielący nas od francuskiego wydania, z drugiej – bohaterów, ras, wydarzeń i wzajemnych powiązań robi się coraz więcej. Paradoksalnie można czytać Akwilon niemal bez przerwy, a jednocześnie nie pamiętać dokładnie postaci, która ostatnio pojawiła się kilkanaście albumów wcześniej.

Najbardziej odczuwam jednak zmęczenie wielkimi eventami. Po długiej historii z plagą ghuli chciałbym ponownie dostać kilka takich opowieści, od których Elfy zaczynały – bardziej niezależnych przygód skupionych na konkretnych bohaterach i zakątkach świata. Czarna krew Sylwanów częściowo właśnie to oferuje. Alyana natomiast niemal od razu zapowiada następną historię, w której stawką ponownie może okazać się los całej Arranii.

Co ciekawe, dla nowego odbiorcy może to być znacznie mniejszy problem. Alyana nadaje się całkiem dobrze na alternatywny punkt wejścia do serii. Oczywiście rozpoczęcie przygody od pierwszych tomów pozwoli znacznie lepiej poznać Akwilon, jego geografię i poszczególne elfie ludy, ale sama historia tytułowej bohaterki nie wymaga znajomości całej sagi o ghulach. Nawet Pech zostaje przedstawiony w taki sposób, że nie trzeba wcześniej sięgać po Orków i Goblinów. Ktoś rozpoczynający przygodę właśnie tutaj nie będzie też obciążony moim zmęczeniem poprzednim eventem i może znacznie bardziej ekscytować się zapowiedzią kolejnego wielkiego zagrożenia.

Ja natomiast potrzebuję chyba krótkiego urlopu od elfów. Nie oznacza to, że zamierzam opuszczać Akwilon. Nadal chcę wiedzieć, co stanie się z Ilawem i czy Jarry nie przygotował dla niego jeszcze jakiejś przewrotki. Jestem również ciekaw dalszych przygód Alyany i Pecha oraz tego, czy nowe zagrożenie rzeczywiście okaże się interesujące, gdy twórcy zaczną je szerzej rozwijać. Nie czekam jednak na kolejne tomy z taką niecierpliwością jak jeszcze jakiś czas temu. Być może najlepsze, co może się teraz przydarzyć Elfom, to po prostu dać czytelnikowi na chwilę za nimi zatęsknić.

Nasza ocena: 7,6/10

Oba tomy mają sporo dobrych pomysłów, ciekawych bohaterów i nadal świetnie prezentują się od strony graficznej. Po długiej sadze z ghulami trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Elfom przydałaby się chwila oddechu przed kolejnym wielkim zagrożeniem.

Fabuła: 5,5/10
Bohaterowie: 8/10
Oprawa graficzna: 8/10
Wydanie: 9/10
Exit mobile version