Twórcy Shovel Knight wracają z zupełnie nową marką, która garściami czerpie z największych klasyków gier wideo. Mina the Hollower łączy eksplorację znaną z pierwszych odsłon Zeldy, gotycki klimat Castlevanii oraz wymagającą walkę inspirowaną Dark Souls. Czy z tego nietypowego połączenia powstał jedynie nostalgiczny hołd, czy jedna z najlepszych przygodowych gier akcji ostatnich lat?
Pozory mogą mylić
Mina the Hollower od pierwszych minut sprawia wrażenie klasycznej opowieści o ratowaniu świata, ale bardzo szybko pokazuje, że pod tą prostą konstrukcją kryje się znacznie więcej. Tytułowa bohaterka przybywa na Wyspę Tenebrous, by naprawić stworzone przez siebie Generatory Iskier – monumentalne konstrukcje, które zapewniały mieszkańcom energię i zapoczątkowały technologiczny rozkwit całego regionu. Kiedy jednak system przestaje działać, krainę zalewają potwory, dawny sojusznik zwraca się przeciwko Minie, a pozornie oczywista misja uruchomienia sześciu generatorów staje się początkiem znacznie bardziej złożonej historii.
Z pewnością największą siłą scenariusza jest sama protagonistka. Tytułowa Mina nie jest typową nieskazitelną bohaterką. Z jednej strony ratuje mieszkańców i rozwiązuje ich problemy, z drugiej – coraz częściej pojawiają się pytania o konsekwencje jej własnych wynalazków. Gra bardzo umiejętnie podważa pierwsze wrażenie, każąc zastanowić się, czy rozwój technologiczny rzeczywiście przyniósł wyspie wyłącznie korzyści. To opowieść pełna moralnych szarości, która nie spieszy się z udzielaniem jednoznacznych odpowiedzi i regularnie zmienia perspektywę gracza na poznawane wydarzenia.
Dużą rolę odgrywa także sposób prowadzenia narracji. Twórcy świadomie unikają nadmiernej ekspozycji, zamiast tego stopniowo odsłaniając kolejne elementy układanki. Informacje rozsiane są w dialogach z mieszkańcami, zadaniach pobocznych czy opisach świata, dzięki czemu historia zachęca do uważnej eksploracji. Wiele wydarzeń nabiera nowego znaczenia dopiero po kilku godzinach zabawy, a scenariusz potrafi zaskoczyć nie tyle nagłymi zwrotami akcji, co umiejętnym reinterpretowaniem tego, co wcześniej wydawało się oczywiste.
Sam świat również robi bardzo dobre wrażenie. Wyspa Tenebrous jest zróżnicowana, pełna charakterystycznych lokacji i zamieszkana przez dziesiątki postaci, które sprawiają, że nie jest jedynie tłem dla kolejnych lochów. Nie każdy napotkany bohater odgrywa kluczową rolę w fabule, ale nawet krótkie rozmowy budują wiarygodny obraz krainy pogrążającej się w coraz większym chaosie. Co ważne, gra pozostawia sporą swobodę eksploracji – wiele obszarów można odwiedzać w różnej kolejności, a odkrywanie sekretów i wybieranie własnej ścieżki tylko wzmacnia poczucie uczestniczenia w prawdziwej przygodzie.
No, a jak w to się gra?
Recenzowany tytuł nie jest jedynie nostalgicznym listem miłosnym do klasycznych odsłon serii Zelda. Owszem, fundamenty są doskonale rozpoznawalne – eksploracja z widokiem z góry, lochy pełne zagadek, walka oparta na precyzyjnym ustawianiu pozycji czy swobodne przemierzanie świata. Yacht Club Games wykorzystuje jednak te inspiracje wyłącznie jako punkt wyjścia, budując system rozgrywki, który potrafi zaskoczyć własnymi pomysłami.
Największym z nich jest umiejętność zakopywania się pod ziemią. To nie zwykły unik ani efektowny gadżet. Kopanie staje się fundamentem całej gry – służy do szybkiego przemieszczania się, omijania części ataków, pokonywania przeszkód terenowych, odkrywania sekretów, a później także rozwiązywania coraz bardziej pomysłowych zagadek. Początkowo wymaga przyzwyczajenia, bo sterowanie jest specyficzne i łatwo popełnić błąd, ale gdy mechanika „kliknie”, trudno nie docenić, jak wszechstronnie została wykorzystana. Rzadko zdarza się, by jedna umiejętność wpływała jednocześnie na eksplorację, platformowe wyzwania i system walki.
Wspomniałem wcześniej, że gra pozostawia sporą swobodę eksploracji i to kolejna ogromna zaleta. Można podążać za wskazówkami mieszkańców, ale równie dobrze po prostu ruszyć przed siebie i sprawdzić, dokąd zaprowadzi ciekawość. To stara szkoła projektowania, w której nagrodą za uważną obserwację są ukryte skrzynie, skróty, opcjonalni bossowie czy sekrety dostępne od samego początku – pod warunkiem że odpowiednio wykorzystamy dostępne mechaniki. Mina nie opiera eksploracji na zdobywaniu kolejnych kluczy otwierających nowe lokacje. Znacznie częściej przeszkodą okazuje się brak wiedzy lub umiejętności gracza.
Tu jednak pojawia się pierwszy – być może duży – minus… Tytuł ten nie jest łatwy. Wręcz przeciwnie – Mina the Hollower potrafi być wymagająca i momentami bezlitosna. Nawet zwykli przeciwnicy są w stanie szybko ukarać za nieuwagę, a śmierć oznacza utratę zgromadzonych Kości, pełniących jednocześnie funkcję waluty i punktów rozwoju postaci. To rozwiązanie wyraźnie czerpie z produkcji studia FromSoftware, podobnie jak rozmieszczone po świecie punkty odpoczynku czy konieczność podejmowania ryzyka podczas kolejnych wypraw. Jednocześnie twórcy nie kopiują tych pomysłów bezrefleksyjnie. System leczenia oparty na Plazmie zachęca do agresywnej gry, ponieważ skuteczność mikstur zależy od zadawania obrażeń przeciwnikom. Zamiast wycofywać się po każdym trafieniu, gra motywuje do kontrataku, dzięki czemu starcia stają się znacznie bardziej dynamiczne.
Równie dobrze wypada rozwój postaci. Do dyspozycji otrzymujemy kilka rodzajów broni głównej, arsenał broni dodatkowych oraz rozbudowany zestaw talizmanów, które potrafią diametralnie zmienić styl rozgrywki. Jedne zwiększają mobilność, inne wzmacniają atak, wydłużają czas kopania albo dodają zupełnie nowe właściwości. Co ważne, system zachęca do eksperymentowania. Konfiguracja sprawdzająca się podczas eksploracji niekoniecznie okaże się najlepszym wyborem w walce z bossem, dlatego regularna zmiana wyposażenia staje się naturalnym elementem zabawy.
Na pochwałę zasługują także lochy. Każdy z nich wprowadza nowe pomysły na zagadki oraz wykorzystanie dostępnych mechanik. Twórcy nie ograniczają się do prostego przesuwania bloków czy aktywowania przełączników – często zmuszają do kreatywnego wykorzystania kopania, odpowiedniego operowania bronią dodatkową lub dokładnego analizowania otoczenia. Dzięki temu nawet po kilkunastu godzinach gra potrafi zaskoczyć kolejnym rozwiązaniem, a satysfakcja z odkrycia sekretu lub samodzielnego rozwiązania łamigłówki jest ogromna. Nie obyło się jednak bez drobnych zgrzytów. Brak klasycznej, szczegółowej mapy sprawia, że podczas eksploracji łatwo stracić orientację, szczególnie w późniejszych etapach gry. Sam system kopania również wymaga cierpliwości i przez pierwsze godziny może wydawać się mniej intuicyjny, niż sugerują materiały promocyjne. Są to jednak niedogodności, które z czasem schodzą na dalszy plan.
Powrót do przeszłości
Od pierwszego uruchomienia i zobaczenie intra poczułem się, jak bym cofnął się do początku lat 2000. Jest to jednak bardzo przemyślana podróż w czasie, bo twórcy doskonale rozumieją ograniczenia tamtej epoki i wykorzystują estetykę rodem z Game Boya Color jako świadomy środek artystyczny, tworząc jedną z najładniejszych gier pixel art ostatnich lat. Każda lokacja zachwyca dbałością o detale, a wyrazista paleta barw sprawia, że mimo niewielkiej liczby pikseli świat wydaje się niezwykle żywy i pełen charakteru.
Największe wrażenie robi różnorodność odwiedzanych miejsc. Mroczne krypty, bagna, skute lodem góry czy pełne technologicznych konstrukcji tereny nie różnią się wyłącznie wyglądem, ale również atmosferą. Każdy region ma własną tożsamość, a twórcy umiejętnie wykorzystują tła, oświetlenie oraz animacje, by budować napięcie jeszcze przed rozpoczęciem kolejnego starcia. Szczególnie dobrze wypadają panoramy z odległymi wieżami czy monumentalnymi budowlami, które mimo prostoty wykonania potrafią nadać lokacjom imponującą skalę. Równie udany jest projekt postaci i przeciwników. Zwierzęcy bohaterowie wyglądają uroczo, jednak wystarczy chwila, by gra pokazała znacznie mroczniejsze oblicze. Surrealistyczne potwory, groteskowe portrety rozmówców czy ogromni bossowie sprawiają, że Tenebrous nieustannie balansuje pomiędzy baśnią a horrorem.
Na pochwałę zasługuje również czytelność oprawy wizualnej. Pomimo intensywnej akcji ekran niemal nigdy nie staje się nieczytelny. Ataki przeciwników są dobrze sygnalizowane, elementy otoczenia wyraźnie odcinają się od tła, a nawet podczas walk z ogromnymi bossami łatwo odnaleźć kluczowe punkty areny. Równie ważnym elementem budującym klimat jest ścieżka dźwiękowa. Chiptune’owe kompozycje brzmią jak naturalne rozwinięcie muzyki z przełomu lat 80. i 90., ale jednocześnie nie sprawiają wrażenia prostego naśladownictwa. Dynamiczne motywy towarzyszące eksploracji płynnie przechodzą w bardziej niepokojące utwory podczas odwiedzania kolejnych lochów, a całość znakomicie podkreśla gotycki charakter świata. To jeden z tych soundtracków, który nie dominuje wydarzeń na ekranie, lecz konsekwentnie buduje atmosferę i sprawia, że nawet spokojniejsze fragmenty gry pozostają pełne napięcia.
Największym sukcesem Yacht Club Games jest jednak sam klimat. Mina z niezwykłą swobodą łączy gotycki horror, steampunkową technologię, czarny humor i baśniową estetykę. Inspiracje klasycznymi odsłonami Zeldy czy Castlevanią są widoczne niemal na każdym kroku, ale gra nie sprawia wrażenia zlepku zapożyczeń. Wręcz przeciwnie – wszystkie te elementy stapiają się w spójną całość, tworząc świat o własnej tożsamości.
Warto dać szansę czy nie?
Czas na wielkie podsumowanie, więc może zacznę od plusów. Największą siłą gry okazuje się jej swoboda. Twórcy nieustannie zachęcają do eksperymentowania – zarówno podczas eksploracji, jak i walki. Świat pełen jest sekretów, skrótów oraz opcjonalnych wyzwań, a satysfakcja z samodzielnego odkrycia ukrytej lokacji czy rozwiązania zagadki jest ogromna. Co równie ważne, gra szanuje inteligencję gracza. Rzadko prowadzi za rękę, zamiast tego nagradzając spostrzegawczość, ciekawość i gotowość do sprawdzania nawet najbardziej niepozornych zakamarków mapy.
Jednocześnie Mina the Hollower nie jest produkcją dla każdego. Twórcy wyraźnie inspirują się filozofią soulslike’ów – śmierć boli (zwłaszcza na samym początku), przeciwnicy potrafią być bezlitośni, a sukces wymaga cierpliwości i nauki na własnych błędach. Na szczęście gra oferuje imponujący zestaw modyfikatorów pozwalających dostosować poziom trudności do własnych preferencji. Można nie tylko ułatwić sobie rozgrywkę, ale również utrudnić, całkowicie zmieniając jej charakter. Szkoda jedynie, że korzystanie z części opcji wiąże się z zablokowaniem osiągnięć, co może zniechęcić niektórych graczy do eksperymentowania.
Co równie istotne, rozgrywka nie kończy się wraz z pojawieniem się napisów końcowych. Rozbudowany system Nowej Gry+, możliwość dalszego odkrywania sekretów, nowe rozstawienie przedmiotów specjalnych, a nawet samych bossów sprawiają, że powrót do świata Tenebrous ma sens. Najlepszą rekomendacją jest jednak fakt, że nawet po wielu godzinach trudno przestać myśleć o tej grze. Kolejna nieodkryta ścieżka, zagadkowa postać czy sekret widoczny kątem oka nieustannie prowokują do powrotu. Rzadko zdarza się, by eksploracja była tak angażująca, a świat sprawiał wrażenie miejsca pełnego tajemnic zamiast listy aktywności do odhaczenia.
Yacht Club Games udowadnia, że potrafi tworzyć gry czerpiące z przeszłości, ale jednocześnie wyciągające z niej właściwe wnioski. Mina the Hollower to nie tylko świetna interpretacja klasycznych Zeld z widokiem z góry, lecz także jedna z najciekawszych współczesnych gier akcji 2D. Jeśli lubisz wymagającą eksplorację, satysfakcjonujące odkrywanie sekretów i produkcje, które nagradzają ciekawość bardziej niż ślepe podążanie za znacznikiem na mapie, trudno o lepszą propozycję.
Nasza ocena: 9,5/10
To gra stworzona z ogromną pasją i dbałością o detale – i czuć to od pierwszych minut aż do samego końca.Grafika: 10/10
Udźwiękowienie: 10/10
Fabuła: 9/10
Grywalność: 9/10
