W 2026 roku Stany Zjednoczone będą obchodzić 250-lecie swojej niepodległości. To dobry moment, by na chwilę odsunąć bieżącą politykę i spojrzeć na inny zapis amerykańskich sporów o tożsamość: komiksy. Tam „patriotyzm” rzadko bywa prostą laurką. Częściej jest kostiumem, maską, a czasem ostrzeżeniem. Bohaterowie, którzy noszą barwy USA albo mówią w imieniu „Ameryki”, potrafią być jednocześnie karykaturą oddania i wiarygodnym przykładem walki o lepszy los człowieka. Najciekawsi są właśnie wtedy, gdy nie stoją na piedestale, tylko ujawniają napięcie między ideałem a rzeczywistością.
Agent Liberty (DC)
W uniwersum DC Comics jednym z najbardziej wymownych przykładów jest Agent Liberty, czyli Benjamin Lockwood. To postać, która świetnie pokazuje, jak łatwo patriotyczny odruch może skręcić w stronę ekstremizmu. Zaczynał jako człowiek instytucji: miał doświadczenie w służbach, był wyszkolony, działał „w imię bezpieczeństwa”. Ale kiedy odszedł z obrzydzeniem wobec metod i rodzaju misji, rozczarowanie państwem nie uspokoiło go, tylko popchnęło ku radykalizacji. Lockwood trafia do paramilitarnej organizacji Sons of Liberty i staje się narzędziem w rękach większej gry, w której patriotyzm bywa alibi dla przemocy. Jego historia ma jednak ważny, jaśniejszy nerw: to opowieść o człowieku, który ostatecznie musi skonfrontować się z tym, że nie da się „ratować kraju” przez deptanie zasad, które miało się chronić. Pojawił się też w serialu Supergirl należącym do “Arrowverse”.
U.S. Agent / Super-Patriot (Marvel)
Po drugiej stronie komiksowego lustra stoi Marvel Comics i jego U.S. Agent, John Walker — zaprojektowany jako kontrast dla ideału Kapitana Ameryki. Walker ma patriotyzm bardziej agresywny i pragmatyczny, przez co bywa kontrowersyjny, ale właśnie dlatego nadaje się do mówienia o „pozytywnych stronach” bez udawania, że wszystko jest czarno-białe. Jego najlepsza funkcja fabularna polega na tym, że uświadamia: symbol państwa to nie tylko tarcza i hasło, ale ciężar oczekiwań, którym ktoś musi sprostać, nawet gdy sam nie jest na to gotowy. Walker bywa żołnierzem w czasie pokoju, człowiekiem ambitnym i spragnionym znaczenia, a jednocześnie kimś, kto realnie wchodzi do gry, gdy pojawia się zagrożenie. Warto dopowiedzieć to, o co prosiłeś wprost: jego siła nie jest wyłącznie „bohaterską reputacją”. John Walker ma nadludzką sprawność, wytrzymałość i siłę, które czynią z niego fizycznie groźnego przeciwnika — a to tylko zwiększa stawkę moralną, bo im większa moc, tym bardziej widać, czy jest prowadzona przez dyscyplinę, czy przez gniew. W ekranowej odsłonie MCU gra go Wyatt Russell, co dodatkowo podkreśliło tę dwuznaczność: nie „święty”, tylko człowiek, który próbuje unieść rolę większą od siebie.
The Shield (MLJ/Archie)
Warto jednak pamiętać, że cała ta tradycja „flagowych herosów” nie zaczęła się wcale od najbardziej znanego wzorca. The Shield, superbohater w kostiumie nasyconym ikonografią USA, zadebiutował jeszcze przed Kapitanem Ameryką w Pep Comics z okładkową datą styczeń 1940 roku. To właśnie on działa jak protoplasta całej estetyki, w której barwy narodowe stają się zbroją i znakiem rozpoznawczym nowej mitologii. Istotny jest też kontekst wydawniczy: Pep Comics wydawało MLJ/Archie, a same prawa do tej postaci wróciły w 2011 roku. W tle przewijają się również próby „ugrania czegoś” przez DC, co dobrze pokazuje, że patriotyczne ikony bywają cenne nie tylko narracyjnie, ale też kulturowo. Twoja wersja historii z Joeyem Higginsem (synem porucznika Toma Higginsa), chemiczną formułą supersiły, niemieckim sabotażystą i inicjałami S.H.I.E.L.D. jako tajną tożsamością domyka ten wątek w stylu klasycznej amerykańskiej opowieści wojennej: prywatna tragedia zamienia się w misję, a patriotyczne barwy zaczynają znaczyć „kontynuację” po utracie. To bardzo charakterystyczny przykład tego, jak komiksy mieszały realną historię z budowaniem nowych mitów, często podszytych instytucjonalnym autorytetem — w twojej opowieści dodatkowo podkreślonym tym, że sekret zna tylko J. Edgar Hoover.
American Eagle (Marvel)
Z kolei American Eagle z Marvela przesuwa ciężar rozmowy o amerykańskości w stronę, której „sztandarowy” patriotyzm często nie obejmuje: perspektywy rdzennych mieszkańców. Jason Strongbow, Navajo, nie walczy o abstrakcyjne symbole, tylko o konkret: o ziemię, środowisko, święte miejsce, które dla jego wspólnoty jest nienegocjowalne. Jego geneza jest mocno osadzona w konflikcie z korporacyjnym wydobyciem i wątkach, w których pojawia się Ulysses Klaw. Bohater zyskuje nadludzką siłę w wyniku ekspozycji na radioaktywny czynnik, ale równie ważne jak jego możliwości są symbole: kusza i specjalnie projektowane bełty, które w rękach superbohatera wyglądają niemal „archaicznie”, a jednak idealnie pasują do opowieści o obronie tego, co starsze od państwa i bardziej kruche niż polityczne slogany. Tu patriotyzm przestaje być deklaracją, a staje się pytaniem: czy „Ameryka” potrafi pomieścić także tych, których historia była w niej spychana na margines?
Uncle Sam (DC)
Jeśli Agent Liberty i U.S. Agent są opowieściami o ludziach, to Uncle Sam w komiksach DC bywa dosłownie ideą w ludzkiej postaci. Postać ta została wzorowana na inkarnacji USA stworzonej w 1812 podczas wojny brytjsko-amerykańskiej. Nie jest „patriotą” w zwykłym sensie, tylko uosobieniem państwa, duchem Ameryki, który pojawia się często jako lider Freedom Fighters. Najciekawsze jest to, że jego moc nie jest stała: rośnie i słabnie wraz z wiarą społeczną w to, czym Ameryka ma być. To genialnie prosta metafora. Kiedy „amerykańska świadomość” jest silna — w znaczeniu nadziei, wspólnoty, przekonania o sensie instytucji — Uncle Sam staje się potężniejszy. Kiedy duch narodu się chwieje, chwieje się również on: jego wytrzymałość, sprawczość, a nawet sama obecność. W tej figurze patriotyzm nie jest hasłem, tylko zmienną społeczną: wypadkową nastrojów, pamięci, win i aspiracji.
American Maid (New England Comics)
Na koniec warto dołożyć postać, która tę całą powagę potrafi rozbroić, ale bez odbierania jej sensu. American Maid z uniwersum The Tick/Kleszcz (New England Comics) jest napisana jak żart z patriotycznej przesady, a jednocześnie pozostaje pełnoprawną, zaskakująco skuteczną superbohaterką. Jej wizerunek celowo ociera się o parodię Wonder Woman, ale w praktyce działa na własnych zasadach: jej „broń” — szpilki i tiara — staje się zabawną, a zarazem śmiercionośnie precyzyjną wizytówką. Ten typ postaci jest ważny, bo pokazuje, że komiksowy patriotyzm potrafi być również autoironiczny. Można nosić barwy i jednocześnie komentować ich używanie, obnażać pozę, wyśmiewać pusty patos — a mimo to realnie robić dobro.
Wspólny mianownik tych historii nie polega na tym, że bohaterowie zawsze mają rację. Polega na tym, że każdy z nich testuje inną wersję amerykańskiego mitu i to niekoniecznie w dobry sposób. Od Agenta Liberty, który ostrzega przed patriotyzmem zamienionym w ideologię wroga, po U.S. Agent, udowadniającego, że symbol nie zastępuje charakteru, a siła bez hamulców potrafi niszczyć to, co miała chronić. Uncle Sam z koeli przypomina, że państwo żyje również w wyobraźni i sumieniu obywateli, więc jego „moc” bywa krucha. American Eagle dopomina się o Amerykę jako ziemię i odpowiedzialność, a nie tylko narrację zwycięzców. The Shield pokazuje zaś, skąd w ogóle wziął się pomysł, by flagę uczynić kostiumem — i jak szybko stała się ona tworzywem nowej mitologii., nie tylko USA, ale i współczensego świata. Z kolei American Maid zamyka to klamrą śmiechu: bo czasem najlepszym dowodem dojrzałości mitu jest to, że można z niego żartować, nie przestając traktować dobra poważnie.
