Ukraińskie studio Frogwares jest dobrze znane z gier detektywistycznych o Sherlocku Holmesie. Każdy z ich wcześniejszych tytułów sygnowany mieszkańcem ulicy Baker Street 221B ograniczał do minimum elementy akcji oraz walki, skupiając się bardziej na łączeniu faktów i poszlak. Podobna historia miała miejsce w ich autorskim The Sinking City, gdzie starcia występowały częściej, ale praca detektywa wciąż grała pierwsze skrzypce. Kontynuacja opowieści o zalanym mieście wywraca jednak tę zasadę, brnąc w survival horror inspirowany najnowszymi odsłonami Resident Evil. Czy odejście od wypracowanej formuły się opłaciło?
Zejść dla niej do otchłani
Głównym bohaterem opowieści jest Calvin Rafferty, którego poznajemy w momencie rozpoczęcia podróży do miejskiej biblioteki w dotkniętym powodzią mieście Arkham, gdzie rzekomo ma znajdować się księga niezbędna do przeprowadzenia rytuału wskrzeszenia. Calvin chce przywrócić do życia swoją ukochaną.
Skrót fabuły może brzmieć jak typowa historia miłosna, jednak niech moja rezygnacja ze szczegółów was nie zmyli. The Sinking City 2 w tej prostej koncepcji znalazło miejsce na niedopowiedzenia, niepewność w motywacjach bohaterów czy powolne odkrywanie tajemnic obojga zakochanych. W tym wszystkim mamy jeszcze jednego bohatera opowieści: świat przedstawiony.
Zalane miasto, jego mieszkańcy, stwory czy bogowie lovecraftowskiej mitologii tworzą mieszankę niepokojącą, często niezrozumiałą, a jednak normalną dla bohaterów. Świat, w którym przyszło im egzystować, zostawia więcej pytań niż odpowiedzi, których przybywa z każdą kolejną notatką czy odwiedzoną lokacją. Na każdym kroku autorzy zaskakują wynaturzoną rzeczywistością i skutecznie wplatają ją w kolejne elementy rozgrywki. Przykładowo, w jednym z odwiedzanych budynków znajdują się drzwi, przez które mogą przechodzić ludzie z konkretnymi twarzami. Jak więc można przez nie przejść? Rozwiązanie jest dziwne, jak większość istot napotykanych na drodze.
Świat i osobista historia Calvina to mocny punkt tytułu. Autorzy rozumieją wizję H.P. Lovecrafta i stworzyli wokół tego dobrą opowieść. I mimo że w utworach Samotnika z Providence nie było miejsca na tak ludzki czynnik jak miłość, to dodanie go do tego świata w żaden sposób nie przeszkadza, a wręcz wzmacnia motywację gracza, aby pomóc Calvinowi.
W moim Lovecrafcie jest Resident Evil
Jak wspomniałem wcześniej, Frogwares dla The Sinking City 2 odwróciło zasady znane ze swoich wcześniejszych gier. Tym razem to elementy detektywistyczne zostały sprowadzone do minimum. Mamy oczywiście system łączenia poszlak i ważnych notatek, jednak jest on na tyle uproszczony, że nawet Inspektor Gadżet nie miałby żadnego problemu ze śledztwem. Zagadki środowiskowe też do najtrudniejszych nie należą, chociaż wyjątek stanowi łamigłówka z posągiem znajdująca się tuż przed końcem gry.
Osobiście bałem się, że walka może być niedopracowana, zwłaszcza gdy przypomnę sobie, jak wyglądała w pierwszej części. Moje obawy okazały się jednak nieuzasadnione, gdyż potyczki z przeciwnikami są wręcz podręcznikowe. Zasoby (zwłaszcza na początku) są mocno ograniczone i czasami zamiast walczyć, lepiej po prostu uciec. Gdy starcie staje się koniecznością, to zarówno celność, jak i refleks są kluczowe. U podstawowych przeciwników pojawiają się często narośla (będące, z tego, co zauważyłem, ogonami robaków, które przejmują martwe ciała ludzi), warto w nie trafiać, bo to ich słabe punkty. Ci jednak nie pozwalają tak łatwo do siebie strzelać, bo często wykonują mocno nieintuicyjne i nagłe ruchy, przez co nierzadko zdarzy nam się chybić, a w najlepszym przypadku trafimy w inną część ciała.
Warto też podkreślić, że walka jest dość wymagająca. Pasek zdrowia bohatera jest o tyle dziwnie wykonany, że na początku ciężko oszacować, ile bohater przyjmie jeszcze ciosów w twarz, zanim upadnie. Pomocą w tym jest maska, która naładowana odpowiednim kryształem pozwala, na wskrzeszenie bohatera. W trakcie gry zarówno nasza broń, jak i sama postać dostają ulepszenia. Tak jak w np. RE2 ulepszenia broni należy znaleźć i przymocować do pukawki, tak kwestia postaci jest zupełnie inna. Poprzez wykonywanie opcjonalnych zagadek i łączenie wątków, postać zyskuje punkty. Może je wydać w bezpiecznych pokojach na różne ulepszenia, np. lepsza kontrola broni, skuteczniejsze leczenie z przedmiotów czy wzmocniona wytrzymałość. Z tego, co zauważyłem, nie ma możliwości odblokowania każdej umiejętności w trakcie jednego posiedzenia. Dzięki temu gra z czasem staje się łatwiejsza. Jak podkreśliłem wcześniej, na początku postać będzie słaba, bez lepszych broni, a zasoby będą mocno ograniczone. Dla graczy lubiących chomikować zapasy amunicji i medykamentów nie powinny później stanowić problemu na zwykłym poziomie trudności. Jeszcze mała rada ode mnie — nie trzymajcie wszystkiego na ostatnią walkę, uwierzcie mi.
Patrzcie, Cthulhu potyka się o własne nogi
Występują jednak dwa problemy z walką, które mocno rzucają się w oczy. Po pierwsze, wrogowie swoją inteligencją dorównują laureatom konkursów na najmniejsze IQ. Ich jedyną strategią jest parcie na bohatera, często bieganie bez celu, a ich przewaga występuje jedynie w kwestii liczebności. Zdarzy się też, że wrogowie będą biec tuż za nami, ale zapomną, jak się atakuje, dopóki biegniemy obok nich. Drugą kwestią jest łatwość w unikaniu starć. W grze mamy możliwość wykonywania uników. Czasami wystarczy parę razy wcisnąć guzik odpowiedzialny za manewr, by z łatwością ominąć wrogów i przejść do nowego pomieszczenia (często ci wrogowie nie wiedzą, jak działają drzwi). Gdyby nie fakt, że nie chciałem nadużywać tej mechaniki, to pewnie oszczędziłbym o wiele więcej amunicji i medykamentów, ale taka forma rozgrywki nie przynosi mi satysfakcji.
Wizualnie tytuł jest zarówno piękny, jak i rażąco niedopracowany. Grafika wraz z projektem lokacji to istne dzieło sztuki. Pływając wśród zalanych budynków, czułem, jak Arkham upadło i w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje. Inne lokacje, zarówno te na otwartych, jak i zamkniętych przestrzeniach, były niezwykle przygnębiające, przerażające, jak i odrażające. I tak ma być, za to naprawdę oklaski dla twórców. Ale wciąż Frogwares ma problemy ze sztywnymi animacjami, które są tak drewniane, że można je strugać. Powalony przez przeciwnika bohater, atak potwora czy nawet schodzenie po drabinie psują odbiór tytułu, bo jest to aż nadto zauważalne. Jednak muszę przyznać, że porównując to do innych tytułów studia, jest to krok w dobrym kierunku.
Zdecydowanie lepiej wypada muzyka i dźwięki w grze. Jak na rasowy survival horror przystało, wszelkie odgłosy tła potrafią wzbudzić niepokój. Wszystko jest naturalne i nie czuć, że jakikolwiek „dziwny dźwięk” w otoczeniu jest na siłę, a raczej, że możemy się tam spodziewać zagrożenia. Pukawki również świetnie oddają wydźwięk strzelania, przez co czujemy kopa każdej broni. Muzyka współgra z obrazem zarówno w momentach akcji, strachu, jak i bardziej emocjonalnych scenach tytułu. Gdybym w tej kwestii chciał być czepialski, to nie mam jak.
Największym rodzajem strachu jest strach przed nieznanym
Jeśli od tytułu oczekujecie masy jumpscare’ów rodem z gier o zwierzęcych animatronikach, to muszę was rozczarować. Co nie oznacza, że tytuł nie potrafi straszyć, wręcz przeciwnie. Atmosfera podczas przemierzania korytarzy, potrafi mocno wejść do głowy. Nie zawsze coś w nich będzie, a czasami pojawi się coś w niezwykle oczywistym momencie. Najlepsze są pierwsze kroki w nowych korytarzach, gdzie nie wiemy, czego się spodziewać ani kiedy. Łącząc to z całą dziwną otoczką tytułu i projektem poziomów, każda nowa lokacja to nowe pytanie: „czemu muszę tędy iść?”. To niezwykłe, jak dobrze autorzy potrafili z prostych pomieszczeń stworzyć pułapkę dla naszego mózgu. Dużą rolę odgrywa tu częsta ciemność lokacji oraz dźwięki, naprawdę robi to robotę. Szkoda tylko, że czasami autorzy starają się za bardzo, przez co pojawi się tu i ówdzie oczywisty straszak czy „nagłe” powstanie zwłok, które leżały obok. Ale i tak jest dobrze.
The Sinking City 2 ma jeszcze jeden problem, widoczny tylko dla nas. Polska wersja językowa ma mnóstwo błędów i nie tylko są to literówki, ale czasami też zdania, których nie da się za żadne skarby zrozumieć. Mam nadzieję, że kwestia polskiej lokalizacji zostanie poprawiona, bo da się z nią ukończyć grę, ale błędy można łatwo wychwycić.
Resident Evil oraz Lovecraft mogą być dumne
Grałem i ukończyłem pierwsze The Sinking City, tytuł przyciągnął mnie światem, zagadkami oraz wyborami, druga część trafiła we wszystko, co lubię: Resident Evil, Lovecraft oraz osobista historia. Pod wieloma względami gra jest lepsza od swojego poprzednika, ale widzę niewykorzystany w pełni potencjał. Frogwares pokazało, że nie tylko jest mistrzem gier detektywistycznych, ale potrafi też w survival horror. The Sinking City 2 odrzuciło zabawę w detektywa na rzecz akcji, ale czemu w trzeciej części nie połączyć tych dwóch elementów? Wtedy powstanie tytuł, który będzie czymś świeżym i unikatowym.
To tylko gdybanie, myśl o przyszłości. Liczy się teraźniejszość, a obecnie mogę śmiało stwierdzić, że The Sinking City 2 to gra niezwykle udana i obowiązkowa dla każdego fana gatunku survival horror. Jeśli jesteście również fanami twórczości Lovecrafta, to nawet nie myślcie, tylko kupujcie. Nie musicie nawet ogrywać pierwszej części, ale jednak bym polecał, bo była to przyjemna przygoda w świecie Samotnika z Providence, zwłaszcza że doczekała się ładnego remastera.
Grę do recenzji dostaliśmy za pośrednictwem strony Keymailer, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.
Nasza ocena: 8/10
Udana inspiracja Resident Evil oraz zrozumienie świata H.P. Lovecrafta, tym właśnie jest The Sinking City 2.Grafika: 7,5/10
Udźwiękowienie: 9/10
Fabuła: 9/10
Grywalność: 8,5/10
