Site icon Ostatnia Tawerna

Militarny nanopunk: Linda Nagata, „Czerwień. Ciężkie próby”, t. 2 – recenzja książki

Czy wolność rzeczywiście ma taką wartość, jaką zwykliśmy jej przypisywać? Porucznik James Shelley to cynik i ironista, który prawdopodobnie nie umiałby już funkcjonować w na co dzień jako zwykły obywatel – lecz nawet on dostrzega, że poddanie się cudzej kontroli znakomicie ułatwia życie. Doskonale też wie, że problem manipulacji może go dotyczyć, jednak najwyraźniej nie jest gotów się z nim zmierzyć. Jeszcze nie.

Linda Nagata to mieszkająca na Hawajach amerykańska pisarka, chyba dość słabo znana polskiemu czytelnikowi – jej pierwsza powieść bowiem, Struktor Bohra, ukazała się u nas w 1998 roku, a dopiero po długim czasie, kiedy to świat anglojęzyczny mógł się cieszyć kolejnymi książkami tej autorki, wydawnictwo Rebis zdecydowało się na przetłumaczenie trylogii Czerwień. Może to wynikać z faktu, że nawet za granicą wczesne utwory Nagaty, choć dobrze przyjęte przez krytyków, nie doczekały się komercyjnego sukcesu, a pisarka wróciła do gry po przerwie za pomocą self-publishingu.

Ciężkie próby stanowią kontynuację Misji „Brzask” i opowiadają o dalszych losach porucznika Jamesa Shelleya i Oddziału Apokalipsy (a przynajmniej tych jego członków, którzy przeżyli). Chcieli uratować świat i ujawnić korupcję elit, skończyli przed sądem wojskowym. A wszystko dlatego, że próbowali powstrzymać Thelmę Sheridan, osobę gotową poświęcić życie dziesiątków tysięcy niewinnych ludzi, byle dopaść Czerwień, zbuntowaną sztuczną inteligencję. Konflikt ten może wydawać się czarno-biały, zwłaszcza ze względu na sposób prowadzenia narracji. Proponuję zatem eksperyment myślowy: a co, jeśli Thelma miała rację i Czerwień naprawdę stanowi „większe zło”?

Wróćmy jednak do tematu. Ciężkie próby nie są porywającą książką. Początkowy opis procesu połączonej grupy bojowej z Shelleyem na czele oraz towarzyszących mu wydarzeń i rozgrywek politycznych to fatalne otwarcie dla nowego tomu – fatalne i zdecydowanie za długie. Niewiele wnosi do historii, choć dość szczegółowo streszcza wydarzenia pierwszego tomu (gratka dla czytelników o krótkiej pamięci). Wynik procesu jest do przewidzenia od samego początku, a jego przebieg, umówmy się, nie stanowi szczególnie porywającej lektury, za dużo w nim elementów zbędnych, dla czytelnika oczywistych albo od strony fabularnej, albo od strony znajomości podobnych motywów z innych tekstów kultury. Proszę państwa, w jednym rogu ringu: ci sprawiedliwi, ale wyjęci spod prawa, walczący o dobro Stanów Zjednoczonych Ameryki, tak im dopomóż Bóg (czyli motyw, który czasem prywatnie określam jako „wszyscy jesteśmy Shepardami tego narodu”). W drugim rogu ringu: establishment, skorumpowana wierchuszka. Dopiero później akcja rusza do przodu, osiąga znajomy sensacyjny rytm.

Istotny wątek w Ciężkich próbach stanowi kwestia udoskonaleń ludzkiego ciała, jakie może przynieść zaawansowana technologia (w tym przypadku: nanowszczepka Jamesa Shelleya), kontra problem zachowania wolnej woli. Kwestia ta, łącznie z uzależnieniem od cudzej kontroli, pojawiała się już w Misji „Brzask”. Temat jest ciekawy: na ile główny bohater cierpi na niczym niezniwelowane stresy pourazowe, a na ile ktoś nim steruje z zewnątrz? Czy zagrożenie równoważy się z korzyściami? Czy Shelleyowi mogą zaufać pozostali członkowie PGB? Mężczyzna zachowuje się impulsywnie i arogancko. Podejmuje decyzje bez konsultacji z innymi ludźmi, jakby święcie przekonany o własnej nieomylności. Nic dziwnego, że Jaynie i reszta ekipy starają się odsunąć go od funkcji decyzyjnych, zwłaszcza że istnieje pewien niepokojący precedens: wiadomo, że sztuczna inteligencja zwana Czerwienią, o niejasnych motywach działania, już wcześniej zaglądała mężczyźnie do umysłu.

Nie przyłączę się zatem do chóru pochwał: Ciężkie próby zwyczajnie nie są dla mnie (podobnie do, jak podejrzewam, większości książek z gatunku militarnej SF). Co nie oznacza, że pozostaję zupełnie niewrażliwa na walory utworu Lindy Nagaty. Sposób, w jaki autorka przedstawia technologię, i research, którym się podpiera, robią wrażenie; podobnie wiarygodnie wypada opis społecznych konsekwencji Dnia Komy. Ale już sama fabuła i postaci nie wywierają na mnie wrażenia, nie angażują emocjonalnie – niczym nawet nie zaskakują.

Exit mobile version