Site icon Ostatnia Tawerna

Kły w świecie superbohaterów – recenzja komiksu „DC kontra Wampiry”

Na pierwszy rzut oka DC kontra Wampiry wygląda jak jeden z tych pomysłów, które równie dobrze mogłyby skończyć jako jednorazowa ciekawostka: znani bohaterowie DC, tylko, że wrzuceni w horrorową opowieść o krwiopijcach. Brzmi prosto, może nawet trochę zbyt prosto. Superbohaterowie walczyli już przecież z zombie, demonami, kosmicznymi tyranami i alternatywnymi wersjami samych siebie, więc wampiry nie wydają się niczym szczególnie odkrywczym. A jednak ten album bardzo szybko pokazuje, że ma na siebie pomysł.

Krwawy Elsworld z charakterem

James Tynion IV i Matthew Rosenberg nie idą wyłącznie w krwawą jatkę, choć tej oczywiście tutaj nie brakuje. Najważniejsze jest napięcie wynikające z niepewności. W tym świecie wróg nie zawsze nadchodzi z otwartą paszczą i kłami na wierzchu. Czasem stoi obok, nosi znajomy kostium i udaje sojusznika. To sprawia, że historia działa nie tylko jako superbohaterska akcja, ale też jako opowieść o paranoi, zdradzie i utracie zaufania.

Wampiry w uniwersum DC nie pojawiły się nagle znikąd. Istniały od dawna, ale przez lata utrzymywano między nimi a ludźmi względny pokój. Wszystko zmienia się po śmierci ich królowej. Nowa władza nie jest już zainteresowana równowagą, tylko dominacją. I właśnie wtedy zaczyna się cicha, bardzo skuteczna ofensywa.

Najciekawsze jest to, że krwiopijcy nie rzucają się od razu na przypadkowych ludzi. Działają rozsądnie i strategicznie. Najpierw przejmują tych, którzy są najważniejsi: złoczyńców, bohaterów, osoby z mocami, ludzi mających dostęp do informacji. Zniknięcie jednego przestępcy nie musi nikogo od razu zdziwić. Problem zaczyna się wtedy, gdy okazuje się, że takich przypadków jest więcej, a zarażeni zaczynają przenikać do kolejnych grup.

To bardzo dobrze buduje atmosferę zagrożenia. Jeden przemieniony heros może rozbić cały zespół od środka, a supermoce połączone z wampiryzmem tworzą mieszankę wyjątkowo niebezpieczną. Bohaterowie długo nie mają pełnego obrazu sytuacji, a kiedy wreszcie zaczynają rozumieć skalę problemu, świat jest już na krawędzi upadku. Największą frajdę daje obserwowanie, jak twórcy bawią się postaciami DC. W zwykłej serii wiadomo, że najważniejsze ikony muszą jakoś przetrwać. Tutaj ta zasada przestaje obowiązywać. Herosi mogą zginąć, zostać przemienieni, albo podjąć decyzje, których w głównej ciągłości raczej byśmy nie zobaczyli. Z kolei niektórzy złoczyńcy wypadają zaskakująco dobrze, bo w obliczu apokalipsy dawne podziały tracą znaczenie.

Dzięki temu DC kontra Wampiry nie jest tylko kolejną wariacją na temat „co by było, gdyby świat DC się rozpadł”. Album ma własny charakter. Nie chodzi wyłącznie o niszczenie symboli, ale o pokazanie, jak szybko może rozpaść się wspólnota, kiedy nikt nie wie, komu można ufać.

Fabuła prowadzona jest na kilku frontach. Green Arrow próbuje ocalić ludzi traktowanych przez wampiry jak źródło pożywienia, Batgirl dostaje własną niebezpieczną misję, a Steel chroni jedną z ostatnich nadziei ludzkości. Mimo że wydarzeń jest sporo, historia nie traci czytelności. Tempo jest szybkie, ale większość wątków dobrze się ze sobą zazębia.

Horror, akcja i czarny humor

Tynion IV dobrze czuje horror, co widać w sposobie budowania napięcia i wykorzystywania motywu podejrzliwości. Rosenberg dodaje do tego więcej luzu, celnych dialogów i czarnego humoru. Dzięki temu komiks nie jest jednostajnie ponury. Potrafi być brutalny, ale może też rozładować napięcie ironią albo absurdalnym zestawieniem bohaterów. Największą siłą albumu pozostaje nieprzewidywalność. Co kilka stron można spodziewać się zdrady, śmierci albo nagłego odwrócenia sytuacji. Twórcy korzystają z tego, że to elseworld, więc nie muszą oglądać się na status quo. Mogą pozwolić sobie na rozwiązania odważniejsze, bardziej drastyczne i często naprawdę zaskakujące.

Za rysunki odpowiada przede wszystkim Otto Schmidt, którego styl dobrze pasuje do mroczniejszej wersji świata DC. Plansze są dynamiczne, pełne cieni, czerwieni i nerwowej energii. Miasta, kryjówki i miejsca walki mają w sobie brudny, niepokojący klimat, a wampiryzm nie wygląda tu jak ozdobny dodatek do kostiumów, tylko realna plaga zmieniająca całe uniwersum. Nie każdemu taka oprawa przypadnie do gustu. Momentami kadry potrafią być chaotyczne, a ciemniejsza kolorystyka sprawia, że część scen może wydawać się mniej czytelna. Mimo to warstwa graficzna ma charakter i dobrze współgra z tonem opowieści. Szczególnie dobrze wypadają sceny, w których klasyczna superbohaterska dynamika miesza się z horrorem.

DC kontra Wampiry to komiks, który mógł być prostą zabawą w horrorowy wariant uniwersum DC, ale ostatecznie wypada znacznie lepiej, niż sugerowałby sam tytuł. To historia krwawa, dynamiczna i pełna zdrad, ale też zaskakująco sprawnie poprowadzona. Twórcy dobrze wykorzystują znanych bohaterów, zmieniają układ sił i pokazują świat, w którym nawet największe ikony mogą stać się zagrożeniem. Album nie jest pozbawiony wad. Miejscami tempo bywa nierówne, liczba postaci może przytłoczyć, a rysunki Schmidta nie każdemu przypadną do gustu. Mimo tego, całość ma bardzo dobrą energię i potrafi wciągnąć od pierwszych stron. To propozycja dla fanów alternatywnych wersji DC, horroru superbohaterskiego i historii, w których nikt nie może czuć się bezpiecznie.

Nasza ocena: 8,1/10

Superbohaterski horror o zdradzie, krwi i świecie, w którym peleryna nie chroni przed kłami. Może tak druga część?



Fabuła: 7,5/10
Bohaterowie: 8/10
Oprawa graficzna: 9/10
Wydanie: 8/10
Exit mobile version