Site icon Ostatnia Tawerna

Gigantyczne miecze, magia i chaos – recenzja komiksu „Battle Chasers”

Zaginiony bohater, magiczne rękawice, wojenny golem o dobrym sercu i drużyna outsiderów, która bardziej przypomina bandę przypadkowych awanturników niż przyszłych wybawców świata. Dzięki wydawnictwu Nagle! kultowa seria Joe Madureiry wraca w obszernym wydaniu zbierającym całą historię wraz z materiałami dodatkowymi.

Stare dobre fantasy!

Ostatnio w moje łapki wpadła świeżo wydana – przez Nagle! – antologia. Zbiór komiksów stworzonych przez człowieka, który odpowiada też za jakże wspaniałą serię gier o jeźdźcach apokalipsy, czyli Darksaiders. Joe Madureira, bo o niego chodzi, wrzuca do jednego kotła klasyczne fantasy, steampunk, science fiction i mangową stylistykę, a potem rozpędza całość do granic absurdu. I co ciekawe, ten chaos bardzo długo działa.

Punktem wyjścia jest historia Gully – dziesięcioletniej dziewczynki, której ojciec znika po ataku wilkołaków, pozostawiając jej tajemnicze, magiczne rękawice dające siłę tytana. Wokół niej szybko gromadzi się grupa barwnych outsiderów: zgorzkniały czarodziej Knolan, pokojowo nastawiony golem wojenny Calibretto, milczący szermierz Garrison oraz Red Monika – złodziejka i najemniczka będąca żywym symbolem estetyki komiksów Image z lat 90. To drużyna oparta bardziej na archetypach niż głębi psychologicznej, ale trudno odmówić jej uroku.

Największą siłą scenariusza jest tempo. Battle Chasers niemal nigdy nie zwalnia. Kolejne pościgi, starcia i eksplozje pojawiają się jedna po drugiej, a Madureira interesuje się bardziej tworzeniem widowiskowych momentów niż logicznym porządkowaniem świata. Komiks funkcjonuje trochę jak sesja RPG prowadzona przez mistrza gry zakochanego w efektownych projektach postaci. Mamy więc demoniczne dżiny, latające więzienia, starożytnych magów, wojenne golemy i bohaterów używających technologii rodem z science fiction w świecie miecza i magii. Czasem trudno uwierzyć, że to wszystko istnieje obok siebie, ale właśnie w tym tkwi specyficzny urok serii.

Problem zaczyna się wtedy, gdy historia próbuje udawać coś większego niż prostą przygodę fantasy. W tle przewijają się polityczne intrygi, tajemnice związane z ojcem Gully, wątki dawnych mistrzów czy zagadkowe postacie pokroju Augusta. Jednak większość tych elementów pozostaje ledwie naszkicowana. Dziewięć zeszytów to zdecydowanie za mało, by nadać temu światu odpowiednią głębię. Widać, że Madureira planował znacznie większą epopeję, ale seria urywa się dokładnie w momencie, gdy fabuła zaczyna rozwijać skrzydła. I właśnie to niedokończenie najmocniej ciąży całemu komiksowi. Wiele relacji dopiero się zawiązuje, motywacje antagonistów pozostają mgliste, a część bohaterów sprawia wrażenie wprowadzonych wyłącznie po to, by wyglądać efektownie na planszy. Nawet główna grupa złoczyńców – choć wizualnie świetna – nie dostaje wystarczająco dużo miejsca, by stać się czymś więcej niż kolejną przeszkodą dla protagonistów.

Miecze większe od ludzi je dzierżących? A czemu nie!

Mamy tu do czynienia z warstwą graficzną, która jest dokładnie tym, czego można oczekiwać po Joe Madureirze u szczytu popularności – eksplozją energii, przesady i widowiskowości, która definiowała amerykańskie lata 90. Już po kilku stronach widać, dlaczego styl artysty stał się tak wpływowy. Autor łączy superbohaterską dynamikę z inspiracjami mangą, a każdy kadr traktuje tak, jakby projektował okładkę albumu fantasy albo ekran ładowania z gry wideo. To właśnie ta przesadzona intensywność stanowi największą siłę komiksu. W Battle Chasers praktycznie nie ma spokojnych momentów. Nawet zwykłe sceny dialogowe są pełne dramatycznych póz, ostrych kątów, rozwianych płaszczy i przesadnej mimiki twarzy. Czasem wygląda to tak, jakby bohaterowie przez cały czas pozowali do plakatu. Dla jednych będzie to męczące, dla innych – absolutnie hipnotyzujące. Trudno jednak odmówić tym planszom charakteru.

Ogromne wrażenie robi też poziom detali. Projekty zbroi, broni, potworów czy mechanicznych konstrukcji są fantastyczne i do dziś mają w sobie coś ikonicznego. Widać, że Madureira kocha projektowanie postaci i światów – często bardziej niż samą narrację. Każdy bohater ma wyrazistą sylwetkę i natychmiast rozpoznawalny design. Szczególnie dobrze wypadają Calibretto oraz Garrison, których wygląd idealnie oddaje ich osobowość. Dużą rolę odgrywa również kolorystyka. Dzięki pracy kolorystów plansze są jasne, agresywnie nasycone i pełne kontrastów. Nawet gdy tła znikają podczas scen walki, zastępowane abstrakcyjną, kolorową pustką, trudno postrzegać to jednoznacznie negatywnie. Z jednej strony momentami odbiera to światu głębię i sprawia wrażenie wizualnego skrótu. Z drugiej – podkreśla dynamikę starć i nadaje całości niemal tempa rodem z anime. Pokuszę się o stwierdzenie, że Battle Chasers często bardziej przypomina ruchomy teledysk fantasy niż klasyczny komiks przygodowy.

Jest też coś o czym nie mogę nie wspomnieć, bo… Madureira z pewnością był dzieckiem swojej epoki. Red Monika jest narysowana dokładnie tak, jak można się spodziewać po bohaterce z komiksów Image lat 90. – hiperbolicznie seksualizowana, pełna przesadnych póz i kadrów podkreślających jej ciało bardziej niż charakter. Dzisiaj część czytelników może odbierać to jako estetykę mocno zestarzałą, szczególnie że scenariusz nie daje jej wystarczająco dużo miejsca, by stała się kimś więcej niż wizualną ikoną serii. Jednocześnie trudno odmówić autorowi talentu do prowadzenia akcji. Największe starcia naprawdę robią wrażenie. Kadry są dynamiczne, pełne ruchu i bardzo filmowe, a artysta doskonale rozumie ciężar uderzeń, skalę eksplozji i teatralność pojedynków. W najlepszych momentach Battle Chasers wygląda jak pomost między amerykańskim komiksem superbohaterskim, mangą akcji i stylistyką późniejszych gier pokroju wspomnianego Darksiders.

I co dalej?

Battle Chasers to dziś przede wszystkim fascynująca kapsuła czasu. Komiks, który w równym stopniu zachwyca, co pokazuje wszystkie bolączki amerykańskiego mainstreamu końcówki lat 90. Z jednej strony mamy więc spektakularną oprawę graficzną, gigantyczną energię i świat kipiący stylem. Z drugiej – historię, która nigdy nie dostała szansy, by naprawdę się rozwinąć. I chyba właśnie to niedokończenie najbardziej definiuje całą serię. Dziewięć zeszytów wystarcza, by zarysować bohaterów, rzucić kilka intrygujących pomysłów i zasugerować ogromny świat pełen tajemnic, ale nie daje satysfakcjonującego rozwinięcia. Gdy fabuła zaczyna nabierać rozpędu, komiks po prostu się urywa. W efekcie bardziej przypomina obietnicę wielkiej epopei fantasy niż pełnoprawną, zamkniętą opowieść.

Mimo to trudno odmówić tej serii wyjątkowego uroku. Joe Madureira stworzył dzieło napędzane czystą pasją do efektowności. To komiks, który istnieje głównie po to, by wyglądać cool i robi to znakomicie. Zmutowane rekiny młoty, absurdalnie wielkie miecze, wojenne golemy i przesadzone projekty postaci sprawiają, że całość ma w sobie autentyczną energię młodzieńczej wyobraźni. Widać, że autor po prostu świetnie bawił się podczas tworzenia tego świata, a ten entuzjazm udziela się czytelnikowi.

Wydanie od wydawnictwa Nagle! dodatkowo bardzo pomaga docenić serię. Zebrana antologia liczy ponad 300 stron i poza głównymi zeszytami oferuje także szkice, galerie okładek, materiały koncepcyjne czy fragmenty niewydanego numeru dziesiątego. Dzięki temu album działa nie tylko jako zwykły zbiór komiksów, ale też jako swego rodzaju archiwum epoki – pamiątka po czasach, gdy nazwisko rysownika potrafiło sprzedać serię równie skutecznie jak sam scenariusz. I właśnie dlatego Battle Chasers najlepiej działa wtedy, gdy podchodzi się do niego bez oczekiwania na wielką, dopracowaną narrację fantasy. To bardziej widowiskowa przygoda niż głęboka opowieść. Komiks, który chce przede wszystkim dostarczać adrenaliny, efektownych pojedynków i zapamiętywalnych kadrów. W tym aspekcie nadal broni się bardzo dobrze.

Pytanie jednak, czy seria zestarzała się idealnie? Zdecydowanie nie. Niektóre elementy fabularne są zaskakująco płytkie, część postaci pozostaje jednowymiarowa, a estetyka lat 90. – szczególnie w sposobie przedstawiania Red Moniki – momentami mocno trąci myszką. Jednocześnie jednak właśnie ta przesada i bezkompromisowość budują jej tożsamość. Battle Chasers nie próbuje być subtelnym fantasy. To komiks krzyczący z półki sklepowej wielkimi literami: „patrz, jakie to jest fajne”. I szczerze? Nadal coś w tym jest. To może nie być historia, która zmieni sposób patrzenia na medium, ale jako kawał widowiskowego fantasy i symbol konkretnej epoki w komiksie – sprawdza się znakomicie. Szczególnie dla fanów twórczości Joe Madureiry, estetyki Image Comics z końcówki lat 90. albo osób ciekawych korzeni późniejszego Darksiders.

Nasza ocena: 7,7/10

Nawet jeśli Battle Chasers pozostaje opowieścią niedokończoną, wciąż warto mieć ją na półce.

Fabuła: 6/10
Bohaterowie: 7/10
Oprawa graficzna: 8/10
Wydanie: 10/10
Exit mobile version