Alternatywne rzeczywistości dają scenarzystom niemal nieograniczone możliwości. Można zmienić losy znanych bohaterów, poprzestawiać sojusze i konflikty, a nawet zbudować cały świat od początku. Trzeba tylko uważać, żeby nie skończyło się na tych samych postaciach w nieco innych kostiumach. Jonathan Hickman w komiksie Nowy Świat Ultimate: Inwazja idzie znacznie dalej. Oddaje bowiem historię Marvela w ręce człowieka, który doskonale wie, jak powinna się ona potoczyć – i zamierza zrobić wszystko, żeby do tego nie dopuścić.
Stwórca nowego świata
Ze starym uniwersum Ultimate jestem związany przede wszystkim za sprawą Ultimate X-Men. Przeczytałem wszystkie wydane w Polsce tomy tej serii i do dziś bardzo lubię alternatywne wersje mutantów. Pozostałe historie z Ziemi-1610 również nie są mi obce, szczególnie Ultimate Spider-Man, choć znam je przede wszystkim z opisów, recenzji czy streszczeń. Nie należę więc do osób znających każdy zakamarek dawnego Ultimate.
Na szczęście Egmont pomyślał również o takich czytelnikach. Przed właściwym komiksem otrzymujemy krótkie wprowadzenie przypominające najważniejsze informacje dotyczące Ziemi-1610 oraz Reeda Richardsa, który stał się Stwórcą. Nie jest to wyczerpujące streszczenie jego historii, ale też nie musi nim być. Dostajemy wystarczająco dużo informacji, żeby wiedzieć, kim jest bohater i dlaczego znajduje się w sytuacji, w której zastajemy go na początku albumu.
Sam start Inwazji nie należał jednak w moim przypadku do najłatwiejszych. Hickman nie spieszy się z wyjaśnieniami, a początkowo trudno określić, dokąd właściwie zmierza historia. Po pierwszym rozdziale zrobiłem nawet przerwę, nie będąc jeszcze przekonanym, czy opowieść rzeczywiście mnie wciągnęła. Na szczęście później sytuacja zmieniła się diametralnie i sporą część albumu przeczytałem niemal za jednym posiedzeniem.
Jak zabić bohatera, zanim się narodzi?
Pomysł stojący za nowym Ultimate jest naprawdę ciekawy. Stwórca trafia do świata, którego historię może odpowiednio ukształtować. Doskonale wie, w jaki sposób narodzili się znani nam superbohaterowie, więc zamiast później z nimi walczyć, może usunąć przyczyny ich powstania. Czasami wystarczy przecież znaleźć odpowiedniego pająka, zanim zrobi to Peter Parker. I właśnie ten element „Inwazji” spodobał mi się najbardziej. Stwórca nie zmienia kilku kostiumów czy nazwisk, ale ingeruje w kluczowe momenty historii, tworząc w ten sposób zupełnie inną rzeczywistość. Nie wszyscy bohaterowie znikają, lecz ich losy mogą potoczyć się zupełnie inaczej. Jednocześnie nawet ogromna wiedza antagonisty ma swoje granice i nie wszystko przebiega dokładnie tak, jak zaplanował.
Hickman dobrze pokazuje również inteligencję swojego przeciwnika. Nie wystarczy powiedzieć czytelnikowi, że Reed Richards jest geniuszem. Lepiej pozwolić mu obserwować, jak Stwórca planuje kilka ruchów naprzód, manipuluje innymi i wykorzystuje przewagę wynikającą z wiedzy o wydarzeniach, które w innej rzeczywistości już miały miejsce. Z czasem okazuje się również, że ingerencja Stwórcy nie ograniczała się do pojedynczych bohaterów. Stworzył cały nowy porządek świata, w którym władzę i wpływy posiadają grupy złożone między innymi z alternatywnych wersji dobrze znanych postaci.
Hickman poświęca sporo miejsca polityce, zależnościom między poszczególnymi stronnictwami i zakulisowym rozgrywkom. Nie każdemu przypadnie to do gustu, ale mnie akurat takie budowanie świata zainteresowało. Przypomniało mi też, za co polubiłem tego scenarzystę przy jego pracy nad X-Menami. Hickman lubi tworzyć nie tylko przygody bohaterów, lecz całe systemy, w których funkcjonują: państwa, sojusze, konflikty, technologie i własną historię. Ważną rolę otrzymuje przy tym Howard Stark. To między innymi z jego perspektywy poznajemy zasady funkcjonowania nowej rzeczywistości. Ciekawie wykorzystano także Reeda Richardsa pochodzącego z tego świata, którego los Stwórca zmienił w wyjątkowo przewrotny sposób.
Nie wszystkie pomysły Hickmana działają jednak równie dobrze. Problemem nie są dla mnie długie rozmowy jako takie. Politycznych dyskusji potrafiłem słuchać z zainteresowaniem, podobnie jak wyjaśnień dotyczących planów Stwórcy czy historii tego świata. Gorzej wypadają momenty, w których scenarzysta bardzo szczegółowo zagłębia się w technologię. Szczególnie daje się to odczuć przy budowie wehikułu czasu i późniejszych zabawach z samym czasem. Bohaterowie używają wielu naukowo brzmiących pojęć, a ja momentami zastanawiałem się bardziej nad tym, czy przedstawione zasady mają jakiekolwiek oparcie w rzeczywistości, czy zostały stworzone wyłącznie na potrzeby fabuły, niż nad samą historią. Nie potrzebuję oczywiście realizmu przy konstruowaniu maszyny pozwalającej podróżować w czasie. Krótka rozmowa dwóch geniuszy wystarczyłaby jednak, żeby pokazać, iż Howard Stark i Reed Richards doskonale się rozumieją. Kilka stron szczegółowych wyjaśnień niekoniecznie sprawia, że rozumiem ich urządzenie lepiej. To zresztą największy problem z tempem Inwazji. Komiks potrafi mocno wciągnąć, po czym zwalnia przy dłuższym wyjaśnieniu, przez które trzeba trochę przebrnąć, aby historia ponownie nabrała rozpędu. Nie jest to ciężka lektura, ale zdecydowanie nierówna.
Po przeczytaniu ostatniej strony doszedłem do wniosku, że „Inwazję” najlepiej traktować nie jako całkowicie samodzielną historię, lecz jako bardzo rozbudowany prolog do nowego uniwersum Ultimate. Hickman przygotowuje planszę pod wydarzenia, które dopiero nastąpią. Pokazuje, dlaczego świat wygląda właśnie w taki sposób, ustanawia najważniejszych graczy, przedstawia zasady rzeczywistości i tworzy warunki do pojawienia się nowych wersji bohaterów. Sama opowieść nie przynosi natomiast pełnego domknięcia, a finał pozostawia czytelnika z wyraźnym cliffhangerem. Ma to swoje konsekwencje. Jeżeli ktoś chce poznawać kolejne serie rozgrywające się w tym świecie, Inwazja wydaje się naturalnym punktem startowym. Jeśli natomiast szuka pojedynczego albumu oferującego zamkniętą historię, może poczuć pewien niedosyt.
Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z ponadstumilowym podręcznikiem do właściwych komiksów. Inwazja posiada własne konflikty, intrygi i efektowne starcia, a wiele pomysłów Hickmana naprawdę zachęca do dalszego poznawania tego świata. Po prostu ostatnia strona bardziej otwiera drzwi, niż je zamyka.
Piękna makabra
O ile fabularny początek albumu nie od razu mnie przekonał, o tyle Bryan Hitch zrobił to niemal natychmiast. Szczególnie zapadła mi w pamięć jedna z pierwszych scen, w której Stwórca wykorzystuje kilka osób do stworzenia swojego sobowtóra. Stapiane ze sobą ciała, twarze zastygłe w niemym bólu czy kończyny pojawiające się w miejscach, w których zdecydowanie nie powinny się znajdować, tworzą prawdziwy body horror. Jest makabrycznie, niepokojąco i jednocześnie fascynująco. Chciałoby się odwrócić wzrok, ale trudno to zrobić.
Hitch równie dobrze radzi sobie ze scenami akcji, ale szczególnie spodobała mi się jego umiejętność nadawania charakteru miejscom. Krótka scena na jesiennym cmentarzu natychmiast wprowadza melancholijny, niemal gotycki nastrój. Nagrobki, kamienny anioł i monumentalne grobowce sprawiają, że wystarczyłoby dodać odrobinę mgły i równie dobrze moglibyśmy znaleźć się w horrorze.
Jeszcze lepiej prezentuje się siedziba Stwórcy w Latverii. Witraże, obrazy, lustra w ozdobnych ramach, rzeźby, ciężkie zasłony czy zabytkowy zegar tworzą miejsce majestatyczne i bogate, ale pozbawione ostentacyjnego przepychu. Wszystko wygląda elegancko i z klasą. Dzięki temu polityczne rozmowy i zakulisowe rozgrywki rzeczywiście sprawiają wrażenie spotkania ludzi mających ogromny wpływ na losy świata.
Szkoda, że równie wyraziste nie jest laboratorium. Poza najważniejszym urządzeniem jego wyposażenie sprowadza się często do futurystycznych paneli, prostokątów i metalowych konstrukcji, których przeznaczenie trudno określić. Wiemy, że jesteśmy w zaawansowanej pracowni przede wszystkim dlatego, że widzimy pracujących w niej bohaterów. Po cmentarzu i Latverii, które mają własną wizualną tożsamość, laboratorium wypada zaskakująco anonimowo.
Świat w jednym kolorze
Na pochwałę zasługują również projekty bohaterów. Hitch potrafi daleko odejść od klasycznego wyglądu postaci, kiedy wymaga tego nowa rzeczywistość, czego dobrym przykładem jest Hulk. Z drugiej strony Kapitana Amerykę czy Thora rozpoznajemy natychmiast. Alternatywny świat nie stał się więc wymówką do zmieniania wszystkiego na siłę.
Szczególnie dobrze wypada Howard Stark. Hitch świetnie pokazuje jego emocje: żałobę po stracie przyjaciela, zaskoczenie odkrywanymi zasadami świata, przygnębienie, frustrację czy gniew. Jest to istotne, ponieważ Howard spędza sporą część albumu na rozmowach, a mimo tego jego sceny pozostają wizualnie żywe. Podobał mi się też niewielki szczegół pokazujący upływ czasu. Kiedy Stark rozpoczyna pracę, ma charakterystyczne wąsy. Później widzimy go już z wyraźną brodą. Nie potrzeba podpisu informującego, ile dni czy tygodni minęło. Wystarczy spojrzeć na bohatera, żeby zrozumieć, że od dawna pracuje i stracił rachubę czasu. To drobiazg, ale właśnie takie elementy pokazują, że rysunek nie służy wyłącznie do ilustrowania scenariusza, lecz również sam opowiada historię.
Za kolory odpowiada Alex Sinclair, który w kilku miejscach mocno ogranicza wykorzystywaną paletę. Podczas alarmu przez kolejne kadry dominuje czerwień, z kolei laboratorium potrafi tonąć w chłodnych odcieniach niebieskiego. Sam pomysł dobrze współgra z atmosferą scen, choć kiedy podobna kolorystyka utrzymuje się przez kilka stron, zaczynałem tęsknić za pełniejszą paletą barw. W innych momentach ograniczenie kolorów działa znacznie lepiej. Po jednej z eksplozji szarość otoczenia świetnie oddaje chwilową dezorientację i ogłuszenie bohaterów. Sinclair nie wykorzystuje więc koloru wyłącznie jako ozdoby, ale potrafi za jego pomocą wpływać na odbiór sceny.
Warto zwrócić uwagę również na liternictwo Joego Caramagny. Sposób zapisywania wypowiedzi pomaga rozróżniać postacie pochodzące z różnych rzeczywistości. To prosty, ale bardzo funkcjonalny zabieg, szczególnie przy historii, w której pojawiają się różne wersje znanych bohaterów. Co ważne, rozwiązanie z amerykańskiego oryginału zachowano również w polskim wydaniu.
Solidny standard Egmontu
Samo wydanie nie przynosi większych niespodzianek. Dostajemy miękką oprawę, dobrej jakości papier i galerię alternatywnych okładek. To po prostu solidny standard, do którego Egmont zdążył już przyzwyczaić czytelników swoich komiksów Marvela.
Znacznie bardziej doceniam wspomniany wcześniej wstęp. W komiksach zdarza się czasami otrzymać kolejne przypomnienie podstawowej historii bohatera, którego czytelnik zna od lat, podczas gdy bardziej przydałoby się kilka zdań o wydarzeniach bezpośrednio poprzedzających aktualną opowieść. Tutaj dostajemy właśnie potrzebny kontekst. Krótko, konkretnie i bez próby streszczenia kilkunastu lat publikacji.
To dopiero początek inwazji
Nowy Świat Ultimate: Inwazja nie jest komiksem pozbawionym wad. Początek wymaga trochę cierpliwości, tempo bywa nierówne, a Hickman momentami zbyt mocno zagłębia się w techniczne szczegóły swoich pomysłów. Finał również nie daje poczucia pełnego zakończenia.
Mimo wszystko bilans pozostaje dla mnie dodatni. Najlepsze fragmenty pokazują, dlaczego Hickman tak dobrze odnajduje się w tworzeniu całych światów, a nie tylko pojedynczych historii. Stwórca jest interesującym przeciwnikiem, polityczna konstrukcja rzeczywistości zachęca do jej dalszego poznawania, a Bryan Hitch wraz z pozostałymi twórcami warstwy wizualnej zapewnia kilka naprawdę świetnych plansz.
Trzeba tylko wiedzieć, po co sięga się po ten album. To nie tyle pełnoprawna wyprawa po nowym Ultimate, ile przygotowanie mapy, zebranie uczestników i ustawienie pionków na planszy. Właściwa rozgrywka dopiero się zaczyna. I choć droga do tego punktu bywa wyboista, po ostatniej stronie jestem ciekaw, dokąd zaprowadzi nas dalej.
Nasza ocena: 7,2/10
Nowy Świat Ultimate: Inwazja to nierówny, ale interesujący prolog do nowego uniwersum Marvela. Hickman skutecznie zachęca do poznania tego świata, a świetna oprawa graficzna Hitcha zdecydowanie działa na jego korzyść.
Fabuła: 6,5/10
Bohaterowie: 7,5/10
Oprawa graficzna: 7/10
Wydanie: 8/10
