Site icon Ostatnia Tawerna

Bez kosmicznych fajerwerków, za to z wielkimi emocjami – recenzja serialu „Latarnie”

latarnie-hbo (1)

Kiedy zapowiadano „Lanterns”, można było spodziewać się właściwie wszystkiego. W końcu mówimy o Zielonych Latarniach, a więc bohaterach, których komiksowy świat zbudowany jest na kosmosie, obcych cywilizacjach, ogromnych konstruktach tworzonych za pomocą pierścieni i całej mitologii Korpusu. Tymczasem HBO zrobiło coś dokładnie odwrotnego. Zamiast zasypywać widza CGI, postawiono na ludzi. Na relacje. Na emocje. Na kryminalną zagadkę i powoli odsłanianą przeszłość bohaterów.

Zielone Latarnie bez festiwalu CGI

Jedną z największych zalet ośmioodcinkowego serialu jest jego zaskakująca powściągliwość. Oczywiście nie sposób zrobić produkcji o Green Lanternach bez pierścieni, zielonego światła i charakterystycznych konstruktów, ale twórcy ograniczają te elementy do momentów, w których faktycznie są potrzebne. Nie próbują co kilkanaście minut przypominać widzowi: „patrzcie, to przecież serial superbohaterski!”. Co więcej, podobnie potraktowano ogromne zaplecze kosmicznej mitologii. Wiemy, że ono istnieje. Słyszymy o nim. Dostajemy pojedyncze sygnały i nazwy. Jednak przez większość czasu pozostaje gdzieś za kurtyną.

Dla mnie działa to trochę jak maska w teatrze. Widz wie, że za oglądaną postacią, przedmiotem czy gestem kryje się coś znacznie większego, ale twórcy nie muszą wszystkiego literalnie pokazywać. Trzeba uruchomić własną wyobraźnię. W czasach, gdy kino superbohaterskie przyzwyczaiło nas do tłumaczenia każdego elementu uniwersum i natychmiastowego pokazywania wszystkiego na ekranie, taka decyzja okazuje się wręcz odświeżająca. I najlepsze jest to, że kiedy Lanterns w końcu pozwala sobie na większą rozpierduchę, robi to mniej więcej w połowie historii. Serial nie potrzebuje więc ogromnej bitwy jako obowiązkowego finału. Ostateczne rozwiązanie zagadki pozostawiono na sam koniec, a finał zamiast kolejnej orgii efektów specjalnych jest przede wszystkim domknięciem historii bohaterów. Nawet sami twórcy podkreślali po emisji, że najważniejsza była dla nich emocjonalna relacja Hala i Johna, a nie zakończenie wszystkiego wielką sceną akcji.

John Stewart wreszcie dostał historię, na jaką zasługiwał

Najważniejszym bohaterem całej opowieści pozostaje dla mnie John Stewart. Aaron Pierre dostał niezwykle trudne zadanie, bo mierzył się przecież z postacią legendarną, doskonale znaną czytelnikom komiksów i widzom wychowanym chociażby na animowanym uniwersum DC. Poradził sobie znakomicie. Jego John jest samodzielny, uparty i miejscami trudny w obyciu, ale właśnie dzięki temu pozostaje wiarygodny. Nie jest po prostu „nowym Green Lanternem”, któremu starszy bohater musi przekazać pałeczkę. To człowiek, który właściwie przez cały serial udowadnia, że nie potrzebuje ani Hala Jordana, ani nawet samego pierścienia, żeby wiedzieć, co powinien zrobić.

Do pełnego komiksowego obrazu brakowało właściwie tylko jeszcze mocniejszego zaznaczenia charakterystycznego dla Stewarta przekonania, że potrafi poradzić sobie także bez mocy. Serial jednak kilka razy bardzo wyraźnie to sugeruje. Co ważne, rozwój Johna nie odbywa się poprzez kolejne poziomy superbohaterskiego wtajemniczenia, lecz poprzez relacje z innymi ludźmi. Jego rodziną. Halem. Mieszkańcami Rushville. Ludźmi, których powinien chronić. Dzięki temu pierścień pod koniec historii znaczy więcej niż zwykły gadżet dający supermoc.

Hal Jordan i Sinestro zupełnie nieoczekiwani

Drugim filarem produkcji jest oczywiście Hal Jordan grany przez Kyle’a Chandlera. I tutaj twórcy podjęli decyzję, którą bardzo doceniam: Hal potrafi być niesamowicie irytujący. Tylko że właśnie taki powinien być. Jest pewny siebie, momentami arogancki, przekonany o własnym doświadczeniu, czasami zachowuje się tak, jakby sama liczba przeżytych przygód dawała mu prawo do decydowania za innych. Jednocześnie stopniowo zaczynamy dostrzegać, ile znajduje się pod tym pancerzem.

Twórcy pozwolili sobie przy tym na zmiany dotyczące jego przeszłości, dzieciństwa i rodzinnego backgroundu. Nie wszystko odpowiada więc temu, co doskonale znamy z komiksów, ale zmiany mają tutaj sens, ponieważ służą konkretnej historii. To staje się jednym ze znaków rozpoznawczych nowego DCU Jamesa Gunna. Superman pokazał już, że można wziąć postać obudowaną dziesięcioleciami tradycji, opowiedzieć o niej zupełnie nową historię, a jednocześnie zachować coś bardzo mocno komiksowego. Lanterns robi dokładnie to samo. Widać, że mamy zrozumienie bohaterów.

Bardzo dobrze wypadają również komiksowe smaczki. Szczególnie spodobały mi się drobne sugestie dotyczące Czerwonych Latarni i Atrocitusa. Nie dostajemy przy tym wielkiej planszy informującej, że właśnie rozpoczęto przygotowania do kolejnego spin-offu. Są to raczej nagrody dla ludzi, którzy znają mitologię Green Lantern.

Jeszcze lepiej rozwiązano Sinestro. Już sama obecność tej postaci musiała natychmiast zapalić lampkę każdemu fanowi komiksów, ale twórcy przez długi czas bardzo umiejętnie grają oczekiwaniami widza. Ulrich Thomsen wciela się w Thaala Sinestro, ale jego miejsce w całej układance nie zostaje od razu podane na tacy.

Ten świat zaczyna być wspólny, ale nie jest ciasny. Po kolejnych produkcjach czuć już, że wszystkie należą do jednej rzeczywistości. Jednocześnie nie mam wrażenia, że żeby zrozumieć trzydziestą minutę Latarnie, powinienem przypomnieć sobie scenę po napisach z filmu sprzed czterech lat i jeden dialog z trzeciego odcinka innego serialu. Każda produkcja może być własną historią. W dodatku coraz wyraźniej widać pewien charakter pierwszego rozdziału DCU — „Gods and Monsters”. Strach, przemoc i brutalność nie są tutaj tylko dekoracją. DC wydaje się bardziej zainteresowane pytaniem, co bohater robi ze swoim lękiem, traumą i odpowiedzialnością. W przypadku Green Lantern, gdzie od zawsze wola i strach pozostają fundamentalnymi kategoriami całej mitologii, pasuje to wręcz idealnie.

Superbohaterski serial, który nie zachowuje się jak superbohaterski serial z dobrą muzyką

Nie można również pominąć muzyki. Lanterns bardzo dobrze wykorzystuje piosenki pojawiające się pod koniec poszczególnych odcinków. Nie są one przypadkowym dodatkiem do napisów, ale często stają się ostatnim emocjonalnym komentarzem do tego, co właśnie zobaczyliśmy.

Szczególnie zapamiętałem „Human Condition” Pretty Sick z drugiego odcinka, „Heartbroken, In Disrepair” Dana Auerbacha z szóstego, wykorzystanie „Father to Son” Queen w siódmym oraz „Hero” Michaela Kiwanuki w finale. Ten ostatni utwór szczególnie dobrze domyka drogę Johna Stewarta. Nie potrzebujemy jeszcze jednego wielkiego monologu wyjaśniającego, kim stał się bohater. Wystarcza obraz, muzyka i świadomość tego, przez co przeszedł przez poprzednich osiem odcinków.

To serial o Zielonych Latarniach, który przez większość czasu nie próbuje zachowywać się jak typowa produkcja o superbohaterach. Jest w nim kryminał, dramat rodzinny, opowieść o mentorze i następcy, trochę westernu, science fiction i historia o ludziach próbujących poradzić sobie z własnym strachem. A jednak ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że twórcy wstydzą się komiksowego pierwowzoru. Wręcz przeciwnie. Oni po prostu wiedzą, że wierność komiksowi nie polega na tym, żeby co pięć minut pokazywać zielony konstrukt albo wrzucić na ekran kolejną rasę kosmitów. Czasem wystarczy zrozumieć bohatera, jego wartości i konflikty.

Nasza ocena: 10/10

„Lanterns” to dla mnie jedna z największych niespodzianek nowego DCU. Zamiast kosmicznego widowiska otrzymaliśmy kameralną, bardzo ludzką historię, która cierpliwie buduje swoich bohaterów i pozwala im oddychać.



Exit mobile version