Jestem tolkienistą. To mnie definiuje jako czytelnika fantastyki. Sprawia też, że po nic z taką radością nie sięgam jak po kolejne utwory Mistrza. Zwłaszcza te „nowe”. Takim właśnie dziełem jest świeżo wydana w Polsce pozycja Upadek Gondolinu. O czym traktuje ten tom? O tym i o wielu innych rzeczach dowiecie się z niniejszej recenzji. Zapraszam!
I rzekł Ilfinol, syn Bronwega: „Żal Gondolinu!”
Opowieść o upadku Gondolinu to jedna z podwalin całej mitologii stworzonej przez Mistrza. Historia ta należy do wielkiej trójcy dzieł z Dawnych Dni Śródziemia. Obok Ballady o Leithian i Opowieści o Dzieciach Hurina stanowi fundament całego Legendarium, a jej wpływ jest wyczuwalny nawet w Hobbicie i Władcy Pierścieni. Książka, którą zamierzam Wam zrecenzować, to utwór wieńczący pewną epokę. Wydany ponad czterdzieści lat po śmierci autora, jest też zarazem ostatnim utworem redagowanym przez Christophera Tolkiena. Nie będzie już więcej nowych rzeczy sygnowanych tym jakże charakterystycznym nazwiskiem. Nie przez brak materiału, ale przez wiek najmłodszego syna Profesora, ma on bowiem ponad dziewięćdziesiąt lat. Sam zresztą w przedmowie wprost napisał, że to ostatnia jego powieść i że nic potem nie będzie. Tyle tytułem wstępu. Przejdźmy zatem do właściwego opisu książki. Obiecuję, że postaram się być na tyle merytoryczny, na ile pozwolą mi targające mną emocje. Duży ich upust dałem w recenzji Berena i Luthien, więc tu spróbuję pohamować osobiste wątki.
Zwą mnie Gondolinem, Miastem Siedmiu Mian!
Tak jak w przypadku Berena i Luthien, tak Upadek Gondolinu jest przekrojem przez poszczególne stadia ewolucji tekstu opowieści. Zaczynamy najwcześniejszą, mającą ponad sto lat, wersją z Księgi Zaginionych Opowieści. Co zaskakujące, jest ona jedyną skończoną. Pozostałe urywają się w różnych momentach. Następnie obcujemy z czymś, co nawet mnie zaskoczyło, a mianowicie urywkami tekstu Turlin i wygnańcy z Gondolinu. Kolejną wersją jest ta zawarta w Quenta Noldorinwa. Okazuje się ona bardzo zbliżona do tekstu znanego nam z Silmarillionu, jest bowiem pozbawiona praktycznie wszelakich zdobników i opisów. Dość sprawnie streszcza nam całą opowieść, ale brakuje jej tej głębi, jaką posiadała wersja Księgi Zaginionych Opowieści. Ostatnim tekstem opisującym upadek Gondolinu zawartym w recenzowanym tomie jest utwór znajdujący się w Niedokończonych Opowieściach. Stanowi on najdoskonalszą warsztatowo wersję, ale nie jest skończony. Urywa się w momencie przybycia Tuora na sam skraj Tumladen i spojrzenia na widoczny w oddali Gondolin. Jednak do samego miasta nie docieramy, a szkoda.
Wszystkie te wersje zostały opatrzone komentarzem Christophera oraz czymś na kształt wstępu, mającego swoje źródła w tak zwanym Szkicu Mitologii.
Władco Źródeł, nie zatrzymuj wysłannika Pana Wód!
Czytając Upadek Gondolinu, można dość łatwo zaobserwować ewolucję całej opowieści. Jednak te zmiany nie są tak duże jak w przypadku Ballady o Leithian czy Opowieści o Dzieciach Hurina. Praktycznie zmianom ulegają tylko imiona bohaterów, względnie ich rodowody oraz miejsca akcji. Wiadomo – jakieś wydarzenia raz się pojawiają, a raz znikają, lecz mimo to Upadek Gondolinu jest najbardziej spójny i kompletny. Porównując pierwszą wersję z ostateczną, ciężko dostrzec jakieś większe rozbieżności. Widać, że Mistrz miał pomysł na tę konkretną opowieść, na wielką podróż Tuora z posłannictwem Ulma do Ukrytego Miasta. Nie eksperymentował też tak jak w przypadku innych historii.
Niestety! Jak Glorfindel z Balrogiem!
Przejdźmy teraz do podsumowania, a właściwie do opisu wyglądu książki. Została ona wydana w stylu, jaki przypisał utworom Tolkiena Prószyński, czyli beżowa okładka, za którą odpowiadał sam Dark Crayon. Cieszy to oko i ładnie wygląda na półce z innymi dziełami Mistrza od Prószyńskiego. Dodatkowo w środku znajdziemy, tak jak na przedniej okładce, fenomenalne grafiki autorstwa samego Alana Lee. Poza tym w książce ukryta jest mapa Beleriandu oraz drzewa genealogiczne Eldarów z rodu Finwego i Edainów z rodu Beora. Christopher Tolkien zamieścił też słowniczek nazw miejscowych i pojęć, a to naprawdę znacznie ułatwia lekturę. Zatem za samo wydanie stawiam szóstkę z plusem.
Podsumowując, Upadek Gondolinu to godne zwieńczenie pracy Christophera Tolkiena oraz niezwykle udane pożegnanie ze Śródziemiem. Boli mnie fakt, że to ostatni utwór, ale nikt nie jest wieczny. Chciałoby się coś rzec, coś napisać, ale niestety, po prostu brak mi słów – zarówno podziękowania dla Mistrza i jego syna, jak i opisujących mój wewnętrzny smutek. Czuję się przybity i opuszczony, ale jednocześnie zadowolony, gdyż nie spodziewałem się, że jeszcze będę miał przyjemność recenzować coś sygnowanego nazwiskiem Mistrza. Tym niemniej – tylko Gondolinu żal!
Nasza ocena: 10/10
Książka idealna, powinna się znaleźć na półkach każdego tolkienisty. Warto się z nią zapoznać. Polecam!Fabuła: 10/10
Bohaterowie: 10/10
Styl: 10/10
Wydanie i korekta: 10/10