Site icon Ostatnia Tawerna

Androidy i Zmiennokształtni – recenzja komiksu „Batman/Superman World’s Finest: Sprawa Metamorpho”, t. 3

Nie ma co ukrywać, że często historie, gdzie mamy kilku superbohaterów, potrafią być tymi najciekawszymi i dobrze eksplorować uniwersum. Jednak w przypadku DC, już jest ciekawie jak mamy postaci, które są partnerami, a zarazem swoimi dopełnieniami i przeciwieństwami.

Metamporpho do przodu

W ostatnim czasie postać Metamorpho zyskała na popularności dzięki swojej obecności w nadchodzącym filmie Jamesa Gunna o Supermanie. Nic więc dziwnego, że wydawnictwo Edmund zdecydowało się w tym roku wypuścić komiks, w którego podtytule pojawia się właśnie ten bohater.

Podczas gdy wcześniejsze tomy tej serii skupiały się na intrydze stworzonej przez Diabła Nessha, tym razem fabuła wraca mocno na ziemię. Czytelnik trafia w sam środek sprawy kryminalnej, w której ofiarami stają się… miliarderzy. Motyw nie jest przypadkowy – w końcu pieniądz od zawsze rządzi światem. Ale obok bogactwa pojawia się jeszcze jeden wątek: geniusz. I to właśnie on staje się osią napędzającą fabułę, wiążącą w całość wątki o pozornie odległych bohaterach.

Co ma z tym wspólnego Metamorpho? A także Superman, Batman, Doom Patrol, Supergirl i inni herosi? Odpowiedź tkwi w samej narracji, która – mimo, że rozgrywa się w superbohaterskim uniwersum – została osadzona w historii przypominającej kryminał retro, gdzie czas i przestrzeń wydają się nieco oderwane od siebie. Raz natrafiamy na elementy charakterystyczne dla dawnego wieku XX, a raz na rozwiązania inspirowane najnowszą technologią. Ten kontrast nadaje komiksowi wyjątkowy klimat i pozwala serii utrzymać swój unikalny charakter.

Na szczególną uwagę zasługuje także Jimmy Olsen, który tym razem odgrywa znacznie większą rolę i wprowadza świeżą perspektywę do całej opowieści. To sprawia, że historia wyraźnie przesuwa akcent w stronę świata Supermana, pozostając jednocześnie atrakcyjną dla fanów całej Ligi Sprawiedliwości.

Deheroizacja w dobrym znaczeniu

Sprawa Metamorpho to tom stworzony z pasją, energią i ogromną ilością pomysłów. Mark Waid wprowadza na scenę imponującą liczbę bohaterów – wielu takich, których próżno szukać w innych tytułach przez cały rok. Każdy dostaje swój moment, lecz nadmiar postaci i wątków sprawia, że narracja traci na dramaturgii.

Komiks podzielony jest na trzy akty – rozbudowany początek zajmuje aż dwie trzecie historii, środkowy akt jest ulotny, a finał pędzi w zastraszającym tempie, przez co fabuła miejscami się rozmywa. Ratunkiem okazuje się oprawa graficzna Dana Mory – dynamiczna, pełna ekspresji i zbliżona estetyką do mangi czy anime, co nadaje całości wyjątkowy charakter.

Mimo barokowego rozmachu i przeładowania treścią World’s Finest nie jest tylko widowiskiem o trykociarzach. To również opowieść o odpowiedzialności, winie, samotności, lękach i cierpieniu – czyli o nas samych. Bohaterowie Waida nie są bogami, lecz lustrami, w których odbija się współczesny świat.

Na marginesie warto wspomnieć o krótkiej historii z randką Robina i Supergirl – epizodzie spoza głównego kanonu. Choć nie zmienia on zasadniczo serii, wnosi sporo humoru i ciepła, pokazując bardziej ludzkie oblicze superbohaterów i przypominając, że nawet oni szukają bliskości poza wielkimi apokalipsami.

Nasza ocena: 8/10

Historia uniwersalna, która może zadowolić niejednego fana.

Fabuła: 7,5/10
Bohaterowie: 8/10
Oprawa graficzna: 8,5/10
Wydanie: 8/10
Exit mobile version