Komiks O’Malley’a, twórcy Scotta Pilgrima, który raczej nie spodoba się fanom tamtego kultowego dzieła. Przynajmniej według samego autora. Tutaj Paradise Kiss spotyka Mulholland Drive. Do tego to historia o szafiarce – czy ktoś jeszcze pamięta, kiedy to było modne?
„I mimo, że masz u stóp cały świat…”
Bycie infuencerka modową w stylu glamour z nieodłącznym jednorazowym kubeczkiem ze Starbunia tak zasadniczo było na topie, kiedy wychodził pierwszy tom Snotgirl (tytuł oryginału), czyli w 2016 roku. Pierwszy tom naszej Smarkuli może więc wywołać w was wrażenie, że Nagle! Comics spóźniło się z polskim wydaniem o jakieś 10 lat. Nawet jeśli najnowszy zeszyt z tej serii wyszedł w Image rok temu. Ten szmat czasu jest odczuwalny dla czytelników. Być może, jak ja, poczujecie coś w rodzaju nostalgii połączonej ze zdziwieniem, że czasy gdy rozbuchana konsumpcja (nielicząca się z ekologią czy budowaniem poduszki finansowej na możliwe kryzysy) była cool, skończyły się tak niedawno.
Byliśmy jak słodkie letnie dzieci, że zacytuję klasyków z Westeros. I dokładnie taka jest Lottie, tytułowa bohaterka Smarkuli. Śliczna i sławna (ma mnóstwo followersów), zamartwiająca się swoją alergią i trochę rozstaniem z chłopakiem.
Musze was ostrzec – w tym tomie za dużo się nie dzieje. Następuje zalecane przez mistrza trzęsienie ziemi, ale wizualnie jest ono przedstawione w sposób, który czytelnika za bardzo nie porusza. Możecie je nawet przegapić – zorientujecie się dopiero po reakcjach Lottie. Poza tym akcja będzie rwana, wątki chaotyczne, a jedyną ostoją spokoju i rozsądku okaże się postać rodem z mangi dla dziewcząt. Ogólny chaos i nieogarnięcie większości postaci oraz ich zupełnie powierzchowne relacje mogą zmęczyć czytelnika, o ile nie zaintrygują was sugerowane co jakiś czas groteska i groza.
„…twój każdy dzień wypełnia ból!”
Wybaczcie, Kasia Kowalska pasuje do tego komiksu idealnie, nawet jeśli jego paleta barw na pierwszy rzut sugeruje coś zupełnie przeciwnego. Smarkula ma swoje mroczne tony, na razie niezbyt wyraziste. Lottie jest według własnej oceny bohaterką tragiczną – niezrozumianą przez przyjaciół (którym chyba należy się cudzysłów), wiecznie atakowaną przez hejterów, pod nieustanną presją bycia idealną. A przecież ona cierpi i smarka! Nie śmiejcie się, wiem z pewnego źródła, że już po 3 tygodniach kataru siennego świat po prostu boli.
A skoro już was zanęciłam Lynchem – nośnikiem ciemności fabularnej będzie tu pewna brunetka. Zamiesza w życiu Lottie, jak to seksowne i tajemnicze postacie mają w zwyczaju nie tylko w LA. Skojarzenia z Mulholland Drive są uprawnione także dlatego, że naiwna, słodka influencerka zaczyna się co nieco gubić w kwestii faktów i tego, co rzeczywiste. Wydaje się, że okresowe odpadanie od rzeczywistości oraz kwestia pewnej, nieoczekiwanej śmierci będą osią tej historii w kolejnych tomach. Co do niepokoju moralnego przenikającego wspomniany film… tu pewnie będzie delikatniej, a przynajmniej pierwszy tom nie zapowiada tak wyrazistej intymnej relacji między bohaterkami.
Jeszcze słowo o tłumaczeniu Kaliny Ostrowskiej. Zachwycił mnie już tytuł, a to przez nawiązania do pewnej kultowej opery mydlanej, możliwe pewnie jedynie po polsku – przecież Lottie wiecznie nosi jakieś okulary! Żadna „Smarkata” nie miałaby tu szans. Poza tym w języku wszystkich postaci wyraźnie czuje się millenialski slang z czasów blogów internetowych i Fejsbunia – i to nie tylko w warstwie influencerskiego żargonu, ale też typowych wykrzyknień czy stylu narzekania na życie z wykorzystaniem krótkich, dźwięcznych i bardzo ogólnych sformułowań… Jakkolwiek młodo byśmy się nie czuli, prawdopodobnie wymagało to przeprowadzenia sieciowych wykopalisk.
Czy polskie wydanie Smarkuli naprawdę jest spóźnione o 10 lat? Odpowiem wam na 100% po przeczytaniu kolejnych tomów, ale na dzisiaj wydaje się, że wydawnictwo ma jednak zacny timing. W moim tekście pojawiło się słowo „nostalgia” i będę się go trzymać, oczywiście o ile nostalgia może uwzględniać spory dystans i lekkie obrzydzenie, a na pewno radość, że pewne czasy minęły. Ten komiks pozwoli wam właśnie takie rzeczy zauważyć, co wydaje mi się samo w sobie interesujące. Na ile ten hot mess ma jakiś większy powab, przekonamy się dopiero w kolejnym tomie.
Nasza ocena: 7,2/10
Bardzo kolorowa rzecz o influencerce czującej się looserką podszyta niepokojem, który na razie trochę się gubi w ogólnym chaosie.
Fabuła: 6/10
Bohaterowie: 6/10
Oprawa graficzna: 8/10
Wydanie i korekta: 9/10
